środa, 25 marca 2015, 09:24

metkowanie zakładek w Firefoksie

"Zapytany o godzinę zaczyna omawiać budowę zegarka" — taka była kiedyś poglądowa definicja nudziarza (dziś każdy ma zegarek w telefonie). Mnie nawet nie trzeba pytać.

Chociaż staram się być plastyczny i nie przywiązywać, to jednak doceniam nawyki ułatwiające życie. Więc gdy już się przywiążę to stawiam opór w obronie przyzwyczajeń, jak każdy. Firefoksa używam od zawsze, ale dopiero od niedawna z pełnym przekonaniem. Wciągnęły mnie tagowane (pol.: metkowane) zakładki automatycznie synchronizowane na wszystkich kilku komputerach których używam. Dla mnie to kilerficzer czyli trudno bez tego żyć. Zakładek też używałem od zawsze, łatwo jest zrobić zakładkę. Trudno ją jednak potem znaleźć, łatwiej już wyguglać stronę od nowa. Od czasu gdy zakładki w Firfoksie można metkować pojawiły się pierwsze sukcesy, mogę już chyba powiedzieć, że nie tylko używam, ale i korzystam.

Z niejasnych powodów Firefox dla Windows długo pozostawał 32 bitowy, dopiero teraz ma się to zmienić. Dobrzy ludzie oczywiście kompilowali 64 bitowego Firefoksa, sam długo korzystałem z uprzejmości właściciela strony xhmikosr.1f0.de, którą znalazłem kiedyś szukając 64 bitowej wersji Sumatra PDF (tylko na Windows, ale dobre). Ale jak ma być wreszcie oficjalna 64 bitowa wersja, to on przestał. Ściągnąłem więc z mozilla.org to co na razie dają, wersję Developer Edition, czyli oczko albo dwa do przodu. I co za przykrość, już przy pierwszej próbie zrobienia zakładki — kupa. Kursor zamiast jak zwykle wskoczyć w pole do metkowania wskakuje na pierwsze z brzegu pole z nazwą zakładki. Uznając, że tak bezsensowna zmiana mogła być tylko dziełem przypadku, postanowiłem odczekać. Niestety w kolejnej wersji zmiana uparcie się utrzymała. Przyszło mi wtedy do głowy, że nawet drobna zmiana w porządnym programie powinna być konfigurowalna, nie wszyscy muszą podzielać zdanie jej autora, czy raczej frakcji która aktualnie uzyskała przewagę — bo ktoś jednak wcześniej wpadł na genialny pomysł, że skoro inteligentni ludzie metkują zakładki, to warto im to maksymalnie ułatwić.

Firefox jest porządnym programem, magiczne zaklęcie brzmi about:config, trzeba je podać zamiast adresu strony. Rzuciłem okiem na ustawienia zawierające "book" — browser.bookmarks.editDialog.firstEditField z ustawieniem namePicker musiało być tym, czego szukałem. Zamieniłem więc namePicker na tagsPicker i niewiele zyskałem, teraz kursora nigdzie nie było. Spróbowałem tagPicker i też nic. Tu mnie olśniło, przecież w starej wersji musi być dobrze. W starej wersji (36.0.1) było tagsField. To podziałało. Bardzo możliwe, że gdy już wyjdzie oficjalnie (podobno w maju) wersja 64 bitowa, to z takim ustawieniem jak lubię. Ale teraz mam w nosie.

27 komentarzy:

kuzynka.edyta pisze...

Od kilku lat tylko sporadycznie używam Firefoksa, więc musiałam empirycznie przestudiować to, o czym piszesz (tagowanie zakładek, hoho). Ale jest satysfakcja, jak się uda podłubać i obejść upierdliwe ulepszenia, nieprawdaż?

kwik pisze...

Safari w (fabrycznie ukrytym) menu Develop ma pożyteczną funkcję "Open Page With". Więc choć na maku nadal raczej używam Safari, to jednak zakładki robię już tylko w Firefoksie. Domyślam się dlaczego nie ma i nie będzie tagowania zakładek w Chrome, ale czemu nie ma w Safari zupełnie nie rozumiem. Tagowanie w Finderze zachwalali przecież jako "powerful new way to organize", z czym się trzeba częściowo zgodzić, bo nowe to nie jest (pewnie chodziło o to, że nowe na OS X).

Satysfakcja z zachowania status quo oczywiście jest cenna, ale wolę jednak zadowolenie z rzeczywistej poprawy sytuacji. Zawsze czuję się trochę nieswojo gdy dogadzają innym moim kosztem i muszę się upominać o swoje prawa albo jakoś inaczej postawić na swoim.

A propos satysfakcja to nauczyłem się wczoraj rozpoznawać pełzacza ogrodowego po śpiewie, żadna sztuka bo ma bardzo charakterystyczny, jakby o coś pytał. Ale pierwszy raz w życiu nie tylko widziałem pełzacza, ale wreszcie wiem którego! W UK nie ma tego problemu, są same leśne (ogrodowe tylko na Jersey).

kuzynka.edyta pisze...

Te domysły to takie graniczące z pewnością można mieć. A propos Googla,od jakiegoś czasu odnoszę wrażenie, że wyniki wyszukiwań w ich wyszukiwarce nie są tak trafne jak kiedyś. Podobnie, mój smartfon, według zapewnień jego producenta, miał się uczyć śledząc co esemesuję i coraz trafniej autopoprawiać. A jest odwrotnie, często zdumiewa mnie idiotyzm proponowanej korekty.

Ja jednak chyba tego pełzacza widziałam. Przypomniałam sobie małe ptaki wypatrzone na pniu dużego drzewa podczas drugiej wizyty w Devonie. Ledwo je było widać na korze, zdjęcia nie wyszły najlepsze i chyba wszystkie lub prawie wszystkie usunęłam. Ciekawi mnie, czy tak było, ale chwilowo tego nie sprawdzę. Wczoraj wieczorem zbiesiła mi się sieć i z nudów pokusiło mnie żeby w końcu otworzyć następcę iPhoto – Photos, który siedział w doku od ostatniej aktualizacji OS-a. Najpierw kilka godzin zajęło zrobienie kopii iPhoto Library. Na wszelki wypadek. Potem nowy program zakomunikował, że biblioteka wymaga naprawy. Była prawie północ, trzeba było nie klikać Napraw, ale kliknęłam. O 4 rano Photos były gotowe do pracy, ale ja już nie. Dopiero dzisiaj zajrzałam próbując odszukać 'pełzacza' i przeży łam lekki wstrząs – zdjęcia są pomieszane. Klątwa Tutenchamona, czy co?


kwik pisze...

Jeśli małe biegało po korze i nie rzucało się w oko to prawie na pewno pełzacze, tyle że leśne, te z dłuższym pazurem. Bo jak mówiłem ogrodowe to tylko na Jersey (tam z kolei podobno nie ma leśnych).

Photos to kolejny przykład milczącego dogadzania za plecami. Elementarna przyzwoitość wymagałaby wyjaśnić o co chodzi i uprzedzić o konsekwencjach. Ale po co, to przecież mogłoby kogoś zniechęcić. W iPhoto miałem tylko 2400 zdjęć więc zostałem zgwałcony szybko i bezboleśnie, ale też się za głowę złapałem. A w końcu zaimportowałem to wszystko do Ligthrooma, z czym od dawna zwlekałem. Tak więc u mnie Photos odegrało już swoją nieznaczącą, ale pożyteczną rolę.

kuzynka.edyta pisze...

Przezornie trochę o Photos wcześniej poczytałam (a i tak, jak widać, nie uchroniło mnie to przed niespodziankami). Chodziło głównie o sprawdzenie, czy trzymanie zbiorów w iCloud nie jest przypadkiem defaultowe. Na szczęście nie. Na razie nie.

Dzisiaj, o dziwo, zdjęcia są już chronologicznie uporządkowane. Być może wczoraj, po pierwszym odpaleniu, program nie poradził sobie natychmiast z b. dużym zbiorem zdjęć. Na przykład po szybkim cofnięciu się suwakiem dwa lata wstecz, miniaturki przez pewien czas były niewyraźne,

Dotarłam do ptaszków. Niestety, pamięć mnie zawiodła - to były kowaliki.

kwik pisze...

Ludzie robią też filmy - nawet jeśli nie mają gigabitowego internetu. A dyski SSD są coraz pojemniejsze i tańsze. Chyba nieprędko da się wszystkich namówić na trzymanie dużych danych gdzieśtam. To musi być wygodniejsze i tańsze, a na razie zwykle nie jest.

Kowaliki są śliczne, w warszawskich Łazienkach zimą jedzą z ręki (tak jak sikory). Ale robienie zdjęć oswojonym ptakom to żadne wyzwanie. Na razie nie mam ani kawałka kowalika na zdjęciu.

kuzynka.edyta pisze...

Nie przypuszczałam, że kowaliki mogą być niepłochliwe. Te, które ja spotkałam, trzymały się w bezpiecznej odległości od ludzi. A miejsce było gęste od turystów. I na przykład rudziki bez krygowania się przylatywały do stolików kawiarnianego ogródka. Taki mały, hardy rudzielec też sfrunął mi kiedyś na stolik i nawet nie drgnął, gdy podniosłam do oka wielkiego jak cegła Canona żeby zrobić mu zdjęcie.

Z dzisiejszych ptasich obserwacji - papuga. Aleksandretta obrożna oczywiście, obecnie łatwiej ją tu spotkać niż wróbla. Usiadła na drzewie na wprost peronu, gdzie czekałam na pociąg. Odcięła dziobem kilka młodych liści i siedząc na jednej łapie na gałęzi, drugą – jak ręką – podsunęła sobie pod dziób listki do skubania. Papugi mają tak silne mięśnie kończyn i pazury, że śmiało mogłyby uprawiać pole dancing.

kuzynka.edyta pisze...

> Ale robienie zdjęć oswojonym ptakom to żadne wyzwanie.

No jak karmisz go jedną ręką, a drugą próbujesz zrobić zdjęcie (już o ręcznym ostrzeniu nie wspomnę), to trochę akrobacji trzeba.

kwik pisze...

Papugi jak wiadomo są dość blisko spokrewnione z sokołami, może już ich wspólny przodek miał takie silne łapska.

U nas za to chyba nie ma aż tak oswojonych rudzików, a przynajmniej ja nie widziałem. Ale szukałem zdjęć karmionych z ręki ptaków w Łazienkach żeby ustalić czy da się samodzielnie i znalazłem nie tylko kowalika ale i sójkę - jest postęp!

kuzynka.edyta pisze...

W życiu nie odgadłabym pokrewieństwa między papugą a sokołem. Podobnym zaskoczeniem było dla mnie kiedyś odkrycie, że wilczomlecze, to ogromna rodzina gatunków zupełnie niepodobnych do siebie roślin. Dzięki za link artykułu. Fajny.

Sójka jedząca z ręki, no niezłe :) A kowalik na tym zdjęciu ciut podobny do sikory modrej. Taki zaokrąglony. Te, które ja widziałam, zawsze były na pniu drzewa w pozycji smukle wyciągniętej. Spotkałam je tylko trzykrotnie, z tego raz w Polsce.

kwik pisze...

Ja oczywiście też nie, ale gdyby tak ładnie pokolorować drobnego pulchnego owadożernego sokoła typu kobczyk amurski i zestawić z ponurą burą padlinożerną papugą typu kea, to ktoś pewnie dałby się nabrać. Z tej samej gałęzi Eufalconimorphae są też wszystkie wróblowe, czyli ponad połowa wszystkich ptaków. Tak więc najbezpieczniejsza odpowiedź na "co to za ptak" to "pewno jakiś eufalkonimorf".

Sekwencjonowanie będzie coraz tańsze i jeszcze wiele ciekawych niespodzianek przed nami. A w końcu wszystko już będzie wiadomo i zrobi się nudno.

kuzynka.edyta pisze...

Ten kobczyk rzeczywiście trochę papugowaty… O kea wiele lat temu zrobiło się głośno po przypadkach ataków na owce. Też się o jej istnieniu w ten sposób dowiedziałam.

Po przeczytaniu artykułu w angielskiej wikipedii zwykle z ciekawości zaglądam do wersji polskiej. Teraz porównałam zalinkowaną keę i w polskim artykule jest chyba błąd. Otóż jest w nim mowa o oposach wyjadających jaja i młode papaugi. Natomiast w wersji angielskiej, zagrożeniem dla kei jest possum. To są inne zwierzęta, nawet jeśli spokrewnione.

Ale my tu gadu gadu o ptakach, a wczoraj Google uszczęśliwiło mnie liftingiem menedżera zakładek w Chrome! Tuż przed końcem pracy zajrzałam tam, nie mogąc dodać zakładki w dotychczasowy sposób i zobaczyłam wolaste kafle(!) zamiast prostej listy. Czy ktoś w tym Google oc...iał? Zwykle liczbę zapisanych zakładek liczy się w dziesiątki. Kto będzie przewijał kilkadziesiąt kafli 200x300 pikseli? Szybko udało się przywrócić listę, z tym że nowa wersja też jest napompowana. Na szczegółowe śledztwo co jeszcze schrzaniono nie miałam już czasu, wrócę do tego w poniedziałek. Być może nadchodzi pora by przeprosić się z Firefoksem.

kwik pisze...

Pewnie że błąd, nawet w dwóch miejscach - possum to pałanka. Więc się przemogłem i poprawiłem. Od czasu gdy wprowadzili na naszej wikipedii poczekalnię dla drobnych poprawiaczy zupełnie odechciało mi się bo wymagam natychmiastowej nagrody.

Chrome'a używam na tablecie bo sensownie powiększa mikroskopijne linki i mogę trafić palcem gdzie trzeba. Ale wkurzają mnie ciągłe aktualizacje. Mógłbym się łatwo oprzeć, ale skoro wszystkim radzę żeby nie zwlekali z aktualizacjami to samemu też nie wypada.

Kafelki atakują, ale to interfejs dla analfabetów i strata czasu. Widzę przy samoobsługowych wagach w marketach że ludzie wodzą oczami po obrazkach z warzywami i nie potrafią szybko znaleźć na którym ekranie jest np. papryka. A wystarczyłoby napisać pap i już. Nie mam nic przeciw kafelkom, jestem dość spostrzegawczy, ale do filtrowania tekstu mamy dobre narzędzia, a do obrazków nie.

kuzynka.edyta pisze...

Myślałam, że poczekalnia jest tam od zawsze. Nie jest?

Świetnie, że oposy poprawiłeś. Już, już chciałam Ci podsunąć do poprawki jeszcze jeden błąd, który kiedyś wypatrzyłam, ale widzę że został poprawiony. Chodziło o artykuł o poskrzypce liliowej, który zilustrowano zdjęciem ogniczka większego. Teraz każdy z chrząszczy jest tam gdzie trzeba.

Również nie mam nic przeciwko kaflom. Poza kaflami zakładek w Chrome.

Zresztą, pal licho kafle. Dziś odkryłam rzecz dużo gorszą. Wraz z Photos wróciły Faces! A do Faces mam stosunek emocjonalny. Faces nie-na-widzę. W iPhoto po wielu nieudanych próbach udało mi się je skutecznie wyłaczyć i zapomnieć. I znowu są! Torturowanie użytkowników niechcianymi ulepszeniami powinno być karalne.


kwik pisze...

Jak widzę przerobione na pałanki oposy jeszcze "Oczekują na przejrzenie", ale w końcu ktoś się zlituje i zatwierdzi. Zatwierdzanie przez "redaktorów" zmałpowaliśmy od niemieckiej wikipedii dopiero po kilku latach, może i słusznie. Ale moja i tak niska aktywność wkrótce po zdeklasowaniu mnie spadła (jak teraz sprawdziłem) prawie dwukrotnie. Złośliwie podejrzewam że walka o jakość była tylko pretekstem, dzielenie się na lepszych i gorszych to przecież ulubiona rozrywka Polaków. Podobnie jak opowiadanie o własnych krzywdach.

Mylenie ogniczka z poskrzypką jak widzę to poważna sprawa, ogniczek jest dobry i pożyteczny a poskrzypka fuj, nie tylko ma larwy pokryte otoczką śluzowo-kałową ale i zżera lilie. Ale zajrzałem do historii hasła i na pierwszy rzut oka wygląda że ilustracją do poskrzypki od początku był "Lilioceris lilii02.jpg" (czyli łacińska nazwa poskrzypki), więc może to była jakaś grubsza afera międzynarodowa ze źle podpisanym zdjęciem. No nic, grunt że dobrze się skończyło i nikt nie będzie tępił ogniczka. Zrazu nie mogłem pojąć czemu poskrzypka liliowa jest czerwona, a teraz się dziwię że większość lilii nie jest liliowa (pierwsze skojarzenie to biała) więc chodzi pewnie o bez lilak. No to powinnien być kolor lilakowy. Ale widać język musi być trochę bez sensu, szczególnie w dziedzinie kolorów czerwono-fioletowych.

Musisz chyba wyjaśnić w czym problem z Faces (cholera, napisałem Feces), wydaje mi się że jeśli nie ma się żadnej twarzy podpisanej to funkcja po prostu nie działa, bo nie ma czego wyszukiwać i rozpoznawać. No ale może to rozpoznawanie jakoś automatycznie się włącza, np. przy imporcie, nie wiem. Na pewno nie będę Cię zachęcał do używania Photos, trochę się tym pobawiłem i widzę że to nie jest program dla dorosłych ludzi.

kuzynka.edyta pisze...

Miałam krótka przygodę z Wikipedią i też odniosłam wrażenie, że hierarchiczność społeczności redagującej była bardzo celebrowana.

Również (bez sukcesu) próbowałam odszukać w historii ślad po zamianie zdjęcia, bo przez chwilę nie byłam pewna, czy to ogniczek był pod poskrzypką, czy poskrzypka pod ogniczkiem. To było ze trzy lata temu. Ale było na bank. Sfotografowałam tego czerwonego amatora lilii i szukałam w necie zdjęć i informacji, bo mój atlas(ik) owadów ma tylko rysunki (ale ładne!) Jeśli śladu nie ma, to może było to w angielskiej Wikipedii? A może zdjęcie podmieniono, pozostawiając niezmienioną nazwę pliku?

W prywatnej historii błędów dostrzeżonych mam jeszcze British Library w miejscu British Museum w Google Maps. Choć raczej niemożliwe bym była jedyną osobą, która to wychwyciła. W Google Translate natomiast, przez długi czas było zamieszanie ze słowami fire i four.

Dobrze jest czasami opuścić świat dorosłych. O Faces jutro.

kwik pisze...

Chyba udało mi się ustalić sprawcę zamieszania. Niestety rodak: File:Pyrochroa_coccinea_-_Cardinal_beetle.jpg. Ale zdaje się sam naprawił swój błąd i chwała mu za to: Scarlet_lily_beetle&oldid=350785566.

kuzynka.edyta pisze...

Więc jednak! Nawet nie próbuję odgadnąć jak Ci się udało do tego dotrzeć. W obawie przed bólem głowy. Ale jak to dawno było... Pamięć mnie trochę zawiodła.

Faces od momentu, gdy je dodano do iPhoto były domyślnie włączone. W każdym razie ja tak ich początki pamiętam. W partii zrzuconych z aparatu zdjęć automatycznie (w tle) szukały twarzy. Z różnym zresztą skutkiem. Jeśli ktoś robi zdjęcia głównie rodzinne, to może to i pożytecznie (napisane bez przekonania), ale jak robisz zdjęcia na ulicy, czy w trakcie imprez masowych, to wyłapywanie przez program setek obcych twarzy jest zupełnie zbyteczne i marnujące zasoby komputera. Tym bardziej, że nie można było takich 'obcych' pozbyć się jednym klikiem, tylko każdego z osobna należało odhaczyć - nie, to nie jest ciocia Zosia, nie, to nie jest Rysiu... i tak aż do omdlenia ręki. W Aperture Faces można było wyłaczyć, w iPhoto normalna drogą przez interfejs – nie.

Faces w Photos przywitały mnie dziewięcioma miniaturkami wyciętych z moich zdjęć twarzy i jednej białej plamy wyciętej nie wiem z czego. Myślę, że to tak na zachętę. Nawet tego nie dotykam. Ale świadomość, że Faces znowu zalęgły mi się w komputerze, nie nastraja mnie do Photos pozytywnie.

kwik pisze...

Te nowe programy Apple przeznaczone są dla takich użytkowników którym nie można pozwolić czegoś wyłączyć bo wyłączą i nawet nie zauważą. A potem będą narzekać że nie ma. Boję się więc że jak coś już jest to znaczy że tak ma być i koniec.

Dziwnym zbiegiem okoliczności zaraz po rozczarowującej premierze Photos wyszła rozczarowująca nowa wersja Lightrooma (CC albo 6 w wersji tradycyjnej). Panoramy, HDR no i rzecz jasna rozpoznawanie twarzy, bo to takie strasznie fajne że komputer potrafi, a przynajmniej próbuje. No ale tu przymusu nie ma. Mnie skusiło że program w końcu używa GPU - na razie trochę nieśmiało, ale czas najwyższy. Naiwnie liczę na jakiś sensowny postęp przez kolejne aktualizacje. Ale widać wyraźnie że Adobe też idzie w kierunku zaspokajania potrzeb mas pstrykających telefonami.

Np. pojawiła się nowa niezmiernie potrzebna funkcja: Pet Eye Correction! Od dawna (nie tylko z litości dla zwierząt) nie używam flesza więc chwilę trwało nim odkopałem jakieś stare koty ze świecącymi oczami. Od poprawiania czerwonych ludzkich oczu różni się to tylko tym, że można jeszcze dodać błysk. Czasem uda się tym trochę naprawić jakieś oko, zwykle jednak oczy po zabiegu wyglądają jak szklane.

kuzynka.edyta pisze...

Skusiłeś się na subskrypcję Lr CC?

Jeszcze w przed Corelowym PaintShop Pro, gdzieś tak około roku 2003 też było narzędzie do retuszowania czerwonych oczu u zwierząt. Nazywało się to Auto Animal Eye i działało całkiem nieźle. To w ogóle był bardzo fajny program do amatorskich edycji. I niedrogi.

W obecnej chwili, to trzeba chyba się mocno starać, by zrobić komukolwiek zdjęcie z czerwonymi oczami? Nawet budżetowe kompakty mają funkcje chroniące przed takim efektem.

kwik pisze...

Nie skusiłem się na CC tylko na apdejt do wersji 6 za jedyne 76,26 €. I tak trochę bez sensu bo miałem Lr 5 raptem pół roku.

PaintShop Pro jak sprawdziłem jeszcze żyje i nie jest drogi, ale oczywiście tylko na Windows. Nie chce mi się sprawdzać jak to działa w PaintShopie, ale na pewno nie gorzej, bo w Lr jest beznadziejnie, nawet jeśli oczy tylko trochę "świecą" i poza tym dobrze widać odbłyski od powierzchni oka (catchlight) to durny program i tak umieszcza je w zupełnie innym miejscu i co gorsza pozwala przesuwać w zbyt małym zakresie. Efekty są wyłącznie żenujące. Na wszelki wypadek - bo pewno "czerwonych oczu" użyłaś niedosłownie - muszę podkreślić że u kotów i psów na efekt czerwonych oczu nakłada się o wiele silniejszy efekt jasnego "świecenia" dzięki warstwie odblaskowej i dużo trudniej coś mądrego z tym zrobić. Nie używać flesza i już.

Masz rację że coraz trudniej zrobić zdjęcie z czerwonymi oczami, usilnie próbowałem na sobie kieszonkowym Canonem i nie udało mi się nawet po wyłączeniu funkcji "Koryg. cz. oczu" i "Lampka cz.o". Jak tak dalej pójdzie to atrakcją stanie się softwarowe dorabianie czerwonych oczu.

kuzynka.edyta pisze...

Tak od razu udało Ci się odszukać ten upgrade na stronie Adobe? Bo mnie zajęło 10 minut w dwóch podejściach. Żałosne triki. Tak nachalnie wtykają ludziom subskrybowane wersje, że uciekają się do praktyk rodem z supermarketu. Dlatego nie kupię.

Oczywiście, że czerwone oczy były skrótem myślowym. Zresztą Auto Animal Eye w PaintShopie był częścią Red Eye Remover równolegle z Auto Human Remover. Bez niuansowania. A, jeszcze przypomniało mi się, że oprócz banalnych oczu psa czy kota, było tam nawet oko ptasie, sowie chyba. I to wszystko 10 lat temu z okładem.

>> Jak tak dalej pójdzie to atrakcją stanie się softwarowe dorabianie czerwonych oczu.

No i to mogą być prorocze słowa. Wywieszczyłeś już kiedyś zgniatanie puszek, więc zdolności w tym kierunku masz. Aparaty pozwalają robić coraz lepsze jakościowo zdjęcia, a masa dostępnych filtrów pozwala szybko pozbawiać je tej jakości. Kiedyś była moda na grunge, teraz jest wysyp imitacji spłowiałych analogowych odbitek. Więc czemuż nie czerwone oczy?

kuzynka.edyta pisze...

Auto Human Eye...

kwik pisze...

Tak całkiem od razu to nie, ale teraz było o tyle łatwiej że ten samonośny nazywa się 6, a uwiązany do ich serwera CC (oczywiście są identyczne). Adobe od lat znane jest z żenujących praktyk, chyba najbardziej spektakularna to nachalne wtykanie różnego gówna przy okazji pobierania Acrobat Readera (tzw. oferta opcjonalna, tylko że na zasadzie opt-out, bo od razu zaznaczone). Niestety najwyraźniej dość często ktoś z tego "korzysta" bo inaczej by chyba przestali.

Jak już coś zrobię to staram się nie żałować, ale może faktycznie nie warto aktualizować Lr z 5 na 6. Teroretycznie najrozsądniej (jak zwykle) byłoby ściągnąć wersję próbną, niby po to są. Tylko że wersja próbna jest oczywiście wyłącznie w formie CC. Bardzo wątpię czy bym się w ten sposób zachęcił do aktualizacji. Rzekomego przyśpieszenia dzięki wykorzystaniu GPU niestety jeszcze nie dostrzegłem, może dlatego że nie używam jednego monitora dużej rozdzielczości tylko dwóch mniejszych. Nie wiem. Może dla kogoś kto ma słaby procesor i mocną kartę graficzną (ale czy są tacy?) przyśpieszenie rzuca się w oczy, mnie się na razie nic nie rzuciło. Nie ma co wyciągać pochopnych wniosków. nowa wersja na pewno nie jest gorsza od starej, a to też coś bo różnie bywa.

Podsunęłaś ciekawy pomysł z tym "auto human remover" - funkcja automatycznego usuwania ludzi z pejzaży, coś dla mizantropijnych miłośników natury. Na pewno już to ktoś opatentował (albo nawet zrealizował), ale jeśli nie to powinnaś to zrobić.

kuzynka.edyta pisze...

Heh, pamiętam zdumienie, gdy pierwszy raz dojrzałam jakiś Google czy Yahoo Toolbar przemycony w okienku instalatora Flasha lub Adobe Readera. Taka słynna firma z tradycjami i 'przykłada rękę' do instalacji śmieci w komputerach użytkowników?!

Nie ma co żałować zakupu. Mimo wszystko nowe wersje softu, nawet jeśli początkowo rozczarowują, są zawsze/prawie zawsze lepsze.

Trzeba z postępem naprzód iść,
po apgrejdy sięgać nowe.


Jakoś tak to szło.

Niestety! I tym razem nie zostanę sławną, bo doskonały usuwacz ludzi już istnieje. Nie tylko ludzi, zresztą.
PerfectLayers od onOne jest naprawdę wart grzechu wydania kasy – razem z resztą pakietu Perfect Photo Suite. onOne jest też znany z Genuine Fractals, które wykorzystuje w algorytmach Perfect Resize.
[--End of product placement—]

kwik pisze...

Zajrzałem tam na on1 i pewnie chodzi Ci o "Perfect Eraser" - ale to raczej nie jest tylko do ludzi, raczej bardziej wszechstronne. I przez to nie jest automatyczne, trzeba wpierw wybrać co się chce usunąć. A jeszcze wydać $60 (bez VAT). Wszystko razem już chyba przerasta możliwości przeciętnego skąpego mizantropa. Zresztą można by np. połączyć automatyczne usuwanie ludzi z rozpoznawaniem twarzy i usuwać tylko określonych ludzi. Albo dorabiać im czerwone oczy. Albo takie świecące jak u psa.

kuzynka.edyta pisze...

Może i Perfect Eraser. Tam wszystko jest Perfect i łatwi się pomylić. Narzędzie dostępne jest w PerfectLayer.

No nie, tak dobrze to nie ma, by program sam zamazywał co chciał. Przy usuwaniu red eyes też trzeba najpierw kliknąć oczko misia.

Ja tam lubię w pejzażu, gdy jakaś sztuka człowieka przemyka między drzewami i nie życzę sobie by jakiś automat polowanie mi na sztafaż urządzał.