sobota, 8 maja 2021, 04:40

narysuj mi kotka

22 komentarze:

telemach pisze...

Odczekałem i wychodzi na to, że kotek nie wyszedł.
https://www.worldometers.info/coronavirus/country/poland/
Ze względu na wydłużony ryj typuję na tapira górskiego.

kwik pisze...

Masz ci los, kolejna porażka. Ale może chociaż wygram hulajnogę w Loterii Narodowego Programu Szczepień?

telemach pisze...

I co? Wygrałeś?
Czy jak zwykle?

kwik pisze...

Nie, ale loteria ledwo ruszyła i chyba skończy się dopiero w przyszłym roku. Jak wygram to na pewno się pochwalę.

telemach pisze...

To w sumie nie jest aż tak skomplikowane jak się wydaje i szanse są
Wystarczy się szczepić tak długo, aż się nie wygra.
Na Twoim miejscu bym nie odpuszczał.

kwik pisze...

Już wiem, pierwsze cotygodniowe losowanie hulajnóg będzie 14 lipca (już za tydzień), ostatnie 6 października (hulajnoga na zimę jak znalazł). Czyli 12 razy.

Z kamienną twarzą odpowiem że wystarczy raz się zaszczepić J&J albo dwa w przypadku pozostałych żeby brać udział we wszystkich losowaniach. Na marginesie - nie wiem czy już ktoś próbował szczepić się dodatkowo, system nie jest chyba jeszcze na to przygotowany. Ale powinni dać taką możliwość jeśli ktoś ma niski poziom przeciwciał. Aktualne ponad 30 tys. zarażeń w UK mimo już naprawdę udanej akcji szczepień (65% w pełni zaszczepionych, 86% po pierwszej dawce) sugeruje, że my też będziemy mieć wyraźną trzecią falę. Choć tymczasem w społeczeństwie nastrój zwycięstwa, np. w środkach komunikacji zbiorowej coraz więcej nosów na wolności. Przy okazji - zarówno polscy jak niemieccy futboliści wykazali się dużą odpowiedzialnością odpadając tak szybko z Euro 2020. Zuchy.

kwik pisze...

Aha, te dane dla UK dotyczą osób 18 lat i powyżej. Dla całej populacji to już tylko 51% i 68%.
https://coronavirus.data.gov.uk/details/vaccinations
https://www.theguardian.com/politics/2021/jul/07/england-covid-reopening-plan-dangerous-experiment-ministers-told

telemach pisze...

Nie chcę się na temat doszczepiania się wymądrzać, ale jest to bardziej skomplikowany temat, niż się powszechnie sądzi.
Krótko: przeciwciała (humoral responce) a raczej ich poszczepienny poziom nie są w przypadku schorzeń wirusowym wbrew pozorom istotnym wskaźnikiem tego, czy szczepienie jest skuteczne. Łtwo ich poziom zmierzyć, ale wiele nam to nie mówi. Istotniejsza jest odpowiedź komórkowa (cellular responce) ale tej rutynowo mierzyć nie sposób.
Wirusy, w przeciwieństwie do bakterii występują i namnażają się wewnątrzkomórkowo. Przeciwciała nie.
Nie jest wykluczone (a niektórzy uważają że jest wysoce prawdopodobne) że doszczepiając się zmniejszamy naszą odporność na zakażenie uzyskaną po pierwszym szczepieniu.
https://www.news-medical.net/news/20210325/Could-an-mRNA-vaccine-second-dose-reduce-cellular-immunity-in-previously-infected-individuals.aspx
https://www.news-medical.net/news/20210505/PfizerBioNTech-and-Moderna-vaccines-induce-T-cell-immunity-against-SARS-CoV-2.aspx

kwik pisze...

Nie znam się i wiadomo że immunologia nie jest łatwa. Ale akurat w tym przypadku zdaje się poziom przeciwciał neutralizujących zwykle nieźle odzwierciedla skuteczność szczepienia czyli zabezpieczenia przed infekcją i jej skutkami (w przypadku gdy jednak do infekcji dojdzie).
Scientists zero in on long-sought marker of COVID-vaccine efficacy

Niektóre generalizacje niestety prowadzą na manowce, teoria teorią, praktyka praktyką. Jak jest naprawdę to się dopiero okaże. Zaszczepili mnie dwa razy AstraZeneca z maksymalnie dużym początkowo zalecanym odstępem, ale chętnie zaszczepię się jeszcze raz szczepionką mRNA jeśli tylko będzie za darmo i będą takie wskazania. Chociaż społecznie większy pożytek byłby gdyby to raczej oporne głąby zaszczepiły się chociaż raz czymkolwiek.

Wariant delta jest podobno aż trzy razy bardziej zaraźliwy niż oryginał, więc najpóźniej gdy dzieci pójdą jesienią do szkoły będziemy mieć pewnie trzecie ucho kotka/tapira (doprawdy nie wiem dlaczego ma to być już czwarta fala jeśli pierwsza była płaska jak flądra). Można szydzić z loterii szczepionkowej, ale jedno jest pewne - dużo łatwiej wygrać coś na tej głupiej loterii niż paść ofiarą szczepienia. I dlatego nie jest ona całkiem głupia.

telemach pisze...

"Nie znam się i wiadomo że immunologia nie jest łatwa. "
Nie była już łatwa gdy pisałem z niej doktorat, nie jest łatwa dzisiaj. Ale możez mi wierzyć, że traktowanie poziomu przeciwciał neutralizujących jako miernika skuteczności szczepionki, aczkolwiek w zasadzie słuszne, jest sporym uproszczeniem i wynika z faktu, że pomiar innych parametrów (takich jak np. gotowość Limfocytów T do szybkiej reakcji) jest trudny bądź niemożliwy do przeprowadzenia w testach o charakterze przesiewowym. TAk krawiec kraje jak mu materii staje, czy jakoś tak.
"Niektóre generalizacje niestety prowadzą na manowce. "
100% racji. Nawet większość, chociaż jednych łatwiej, innych trudniej. Mnie zaszczepili dwa razy Pfizerem i zaszczepili mnie nie dlatego, że jestem do tych szczepionek całkowicie przekonany, tylko dlatego, że oceniłem ryzyko i benefgity wynikające zarówno z zaszczepienia jak i niezaszczepienia się i jednak wyszło mi, że w mojej grupie wiekowej jednak lepiej się zaszczepić. Prosta kalkulacja w zasadzie. Powinna jednak IMHO być w każdej kohorcie wiekowej przeprowadzana odrębnie.No chyba że ktoś się czuje odpowiedzialny za zbiorowość i gotów jest ponosić ryzyko wynikające ze szczepienia ochronnego nie po to aby się zgodnie z jego definicją indywidualnie chronić, lecz dla dobra ludzkości, tak też można.
Straszenie ogółu wyższą zaraźliwością uważam za problematyczne. W przypadku Bety też straszono ale okazało się, że sama wyższa zaraźliwość nie robi jeszcze automatycznie z wirusa "of concern" wirusa "of high consequence". Trzeba poczekać jak (i czy w ogóle) wyższa zaraźliwość przekłada się na poważniejszy przebieg choroby (czyli na tzw. obraz kliniczny schorzenia"), Dotychczasowe dane napawają optymizmem. W Niemczech obecnie 60% wszystkich zakażeń szacowana jest jako powodowana przez deltę. Nie przekłada się to ani na znaczący wzrost ilości przypadków, ani na wzrost hospitalizacji.
"Jedno jest pewne - dużo łatwiej wygrać coś na tej głupiej loterii niż paść ofiarą szczepienia. I dlatego nie jest ona całkiem głupia."
Mam podobne zdanie na ten temat, chociaż wolałbym gdyby opierało się ono na długoterminowych obserwacjach i publikacjach typu meta-studies przeprowadzonych przez instancje niezależne od tych, którzy na szczepieniach zarabiają. Na razie tylko mi się tak wydje na podstawie tego, że tak sądzę i taką mam nadzieję. Wolałbym jednak wiedzieć, chociaż z drugiej strony z pokorą przyjmuję do wiadomości, że jest jak jest.

kwik pisze...

Tak, zdaje się delta jest tylko bardziej zaraźliwa, przez co pewnie łatwiej dotrze do niezaszczepionych z powodów medycznych, którym się do tej pory udało uniknąć zarażenia. Tu widzę problem. I właśnie dlatego niektóre szczepienia powinny być obowiązkowe - bo nie każdy ma komfort wyboru. Indywidualizm robi się 100% nieetyczny gdy swoją głupotą prędzej zabijesz drugiego niż siebie. A w przypadku niektórych klęsk żywiołowych działanie dla dobra ogółu bywa optymalną strategią indywidualną ("wszyscy na wały").

Jak widzę jest i druga pracka w której twierdzą że poziom przeciwciał nieźle oddaje skuteczność szczepienia na COVID:
https://www.sciencedirect.com/science/article/pii/S0264410X21006587
I kolejny komentarz w kolejnym Nature:
https://www.nature.com/articles/s41591-021-01432-4
Dopóki nie mamy nic lepszego wypada się tego trzymać.

Co do grup wiekowych - takie proste sztuczne szufladkowanie jest jakimś rozwiązaniem gdy nie wiemy jeszcze o co chodzi. Ale oczywiście nie jest to rozwiązanie dobre dla wszystkich, bo z tego że czyjś organizm z dnia na dzień przejdzie z jednej grupy wiekowej do drugiej jeszcze niewiele wynika. Powinniśmy wiedzieć co konkretnie zmienia się z wiekiem itd.

telemach pisze...

"Tak, zdaje się delta jest tylko bardziej zaraźliwa, przez co pewnie łatwiej dotrze do niezaszczepionych z powodów medycznych, którym się do tej pory udało uniknąć zarażenia."

Delta jest nie tylko bardziej zaraźliwa ale szczęśliwym trafem również klinicznie prawie dziesięciokrotnie mniej niebezpieczna w sensie "co ja zrobię jak ja umrę, bo się zaraziłem" Case fatality rate dla Delty (na 9 czerwca) wynosiła w UK 0,2%, dla Alfy (ktśra już i tak była bardziej zaraźliwym wariantem) 1,9%.
Tutaj: assets.publishing.service.gov.uk/government/uploads/system/uploads/attachment_data/file/1001358/Variants_of_Concern_VOC_Technical_Briefing_18.pdf
Table 3. Number of confirmed (sequencing) and probable (genotyping) cases by variant as of 5 July 2021)
Jak to wyglądało w przypadku infection fatality rate nie wiemy bo nie znamy marginesu niewykrytych - ani w przypadku alfy ani delty.

Jednakże, jak sobie popatrzeć na hospital admission numbers (dla obu wariantów) to jakoś trudno mi wpadać w panikę.
Rzucam sobie okiem na ten wykres:
https://www.statista.com/statistics/1190335/covid-19-daily-hospitalizations-in-the-uk/

i gdy porównuję ilość przyjęć z okresu gdy alfa stanowiła ponad 90% (styczeń) ze stanem obecnym (gdy delta stanowi 98%) to mam trudności aby wpaść w histerię i szukać niedrogiego całunu na ebayu.
Coś przeoczyłem?

kwik pisze...

Nie, niczego nie przeoczyłeś, ale każda śmierć której można łatwo/tanio uniknąć psuje mi samopoczucie - i nic na to nie poradzę. COVID-19 mnie akurat nie dotknął, ale reakcja jest typowa, przyzwyczajamy się idąc na łatwiznę zamiast konsekwentnie sensownie działać. Tak, to bardzo nudne i trochę przykre, ale dopóki epidemia się nie skończy powinniśmy jednak raczej nosić maseczki w pomieszczeniach, trzymać dystans i przede wszystkim się szczepić. A że zaszczepieni niestety też chorują i zarażają, więc nadal wszystko razem. Bo tzw. paszporty kowidowe są tyle warte co samodzielnie przyznany sobie złoty medal (jak rozumiem chodzi tu raczej o promocję szczepień niż budowanie przylegającego do rzeczywistości światopoglądu, ale takie gówniane glejty są jeszcze głupsze niż loteria szczepionkowa).

Tak, już się oswoiliśmy, zmarły co prawda cztery miliony ale mamy wreszcie całkiem skuteczne szczepionki, leczenie ciężko chorych też wygląda lepiej niż na początku. Ludzie się uczą. Po ponad roku epidemii raczej trudno o panikę/histerię. Ale z drugiej strony dać się zarazić właśnie teraz i niechcący umrzeć tym bardziej głupio. Kolejna fala na pewno nie będzie tak spektakularna pod względem zgonów jak poprzednie - na razie wyraźny wzrost zachorowań (z ca 300 tys do 500 tys dziennie, mówię o całym świecie) nie przekłada się na wyraźny wzrost zgonów (nadal bez zmian ca 8,5 tys dziennie, przy całkowitej liczbie zgonów ca 138 tys). Ale w końcu się pewnie przełoży.

Wszystko co żyje nie jest złośliwe i optymalizuje swoje rozmnażanie, wirusy też (abstrahując od jałowych rozważań czy są rzeczywiście żywe). Kolejne udane warianty COVID-19 generalnie będą coraz bardziej zaraźliwe i coraz mniej letalne (o nieudanych nawet się nie dowiemy). Więc całkiem możliwe że kiedyś zarażenie się kowidem będzie mniej ryzykowne niż zaszczepienie się jedną z dziś używanych szczepionek. Ale na razie dużo lepiej się szczepić. Może nawet trzy razy, nie wiem.

telemach pisze...

"Więc całkiem możliwe że kiedyś zarażenie się kowidem będzie mniej ryzykowne niż zaszczepienie się jedną z dziś używanych szczepionek. Ale na razie dużo lepiej się szczepić. Może nawet trzy razy, nie wiem."

No to się zgodziliśmy bez dalszych zastrzeżeń. Jeśli chodzi o COVID-19.
Jeśli chodzi o "ale każda śmierć której można łatwo/tanio uniknąć psuje mi samopoczucie" to na płaszczyźnie emocjonalnej, gdy chodzi o abstrakcyjnie pojmowane "życie ludzkie" - to też trudno polemizować.
Tyle, że w praktyce wygląda to trochę inaczej i sądzę, że warto o tym pamiętać. Bierze się to zapewne z tego, że wystarczająco długo mogłem obserwować umierających ludzi - gdy jeszcze pracowałem jako młody lekarz w klinice. Klinika to nie tylko takie miejsce gdzie się ludzi leczy, lecz również (a może nawet przede wszystki9m) takie, gdzie ludzie, których wyleczyć nie można, lub których wyleczyć się nie da, po prostu umierają. W pewnym przedziale wiekowym i/lub określonym stanie zużycia organizmu trudno mówić o niepotrzebnej śmierci a rozpoczyna się refleksja dotycząca śmierci potrzebnej a może nawet nieodzownej. To, że nauczyliśmy się przedłużać konanie tych wszystkich, którzy na powrót do zdrowia nie mają raczej żadnej nadziei nie powinno oznaczać, że istotnie jest to rolą medycyny.
Dlatego wielkie trudności mam z oszałamiającymi kumulatywnymi danymi dotyczącymi ilości zmarłych i zbiorowym określaniem ich mianem "ofiar korony". Jeśli wirus przejdzie przez hospicjum lub oddział paliatywny i pozostawi puste łóżka, to mówienie o śmierci, której można łatwo/tanio uniknąć odbija mi się kwaśno i gorzko.
Dlatego mam spore zastrzeżenia do operowania tymi "czterema" milionami jako koronnym argumentem i faktem ilustrującym dramatyzm sytuacji. Bo nigdy nie zaglądaliśmy tak dokładnie do świadectw zgonu jak obecnie i nigdy nie podawaliśmy skumulowanej globalnej liczby zmarłych na cokolwiek, a nagle to robimy. Umówmy się, że w pewnym wieku się umiera i jeśli nie jest to wypadek, to jest to zgon z przyczyn naturalnych. Ogromną większość starczych zgonów stanowią takie, które są wynikiem zapalenia płuc. Nie takiego, to innego. Sugerowanie, że większość tych zmarłych cieszyłaby się życiem i zdrowiem gdyby nie niedobra korona jest fałszowaniem rzeczywistości. Bo tak najzwyczajniej nie jest.

Co naturalnie nie oznacza, że szczepionki są zue, a covid-19 jest wymysłem Bila Gatesa i innych cwaniaków pragnących nam wcisnąć szczepionki. Nie o to mi chodzi. Chodzi mi o to, że powszechna percepcja jest w przypadku tej pandemii nader skrzywiona. Politycznie, medialnie i wewogle.

kwik pisze...

Tylko że w przypadku kowida nie ma czegoś takiego jak powszechna percepcja, bo ta się czasem nawet radykalnie zmienia - i lokalnie i środowiskowo. Przecież choćby w Polsce (2,8 mln zachorowań) są rejony gdzie wirus nie zrobił żadnego wrażenia i ludzie się nie szczepią, bo po co. Młodzież w ogóle nie boi się kowida i już. A ja z kolei nie znam osobiście nikogo, kto się jeszcze nie zaszczepił. Oczywiście niektórzy mają interes w krzywieniu percepcji i to robią, ale to się nie przekłada automatycznie na sukces. Bardzo trudno komuś coś wmówić od zera, dużo łatwiej jest powiększać skrzywienie.

Co do grubo przesadzonej śmiertelności masz sporo racji, ale przecież nawet jeśli dzielić przez 10 to i tak dużo ludzi mocno przedwcześnie zmarło albo będzie odczuwać skutki choroby przez wiele miesięcy. Niektóre osoby z wyraźną nadwagą chorują bardzo ciężko i zdaje się do tej pory nie wiadomo co z tym robić, nie znamy konkretnej przyczyny. Dlatego wolę już zbyt nerwowo nieco przesadzić ze środkami ostrożności niż ze stoickim spokojem podkreślać, że przecież i tak wszyscy umrzemy.

telemach pisze...

Istotnie, "ogólnej percepcji" nie ma w sensie opisywanym, jest w sensie statystycznym. Zależy od tego jak zdefiniujemy grupę o którą biega.
Mało to dla mnie zmienia - a wynika to z przeświadczenia, że zdanie takie jak "w Polsce jest 2,8 mln zachorowań" nijak się ma do tego, co wryło mi się trwale w pamięć gdy studiowałem medycynę i uczono mnie czym jest zachorowanie, a czym ono nie jest. Jasne, że nastąpiła zmiana paradygmatu i obecnie w świadomości przeciętnego zjadacza chleba jako zachorowanie jawi się wynik testu, ale mi jest nader trudno postawić znak równości pomiędzy wynikiem testu będącego narzędziem diagnostyki różnicowej a chorobą pojmowaną jako fenomen kliniczny definiowany przez objawy, przebieg i koniec w sensie wyzdrowienia, bądź zejścia pacjenta. Przyjmuję zmianę paradygmatu postrzegania chorób do wiadomości jako fakt dokonany, ale sensu w tym nie widzę, widzę za to szereg wynikających z takiego myólenia niebezpieczeństw, szczególnie gdy politycy używają skumulowanych danych do oceny dynamicznych procesów. To nie jest OK i prowadzi do szeregu poznawczych nieporozumień w sensie nieuniknionych biasów.
Posłużę się przykładem: HPV jest wykrywane u 30% wszystkich badanych, których tradycyjnie uznajemy za zdrowych. Tyle, że HPV jest patogenem i jego rola w wywoływaniu konkretnych schorzeń jest trudna do zakwestionowania. Jednak gdy przyjmiemy wynik testu PCR za kryterium to będziemy mieli w Polsce ponad 12 milionów zakażonych, czyli (jadąc dalej po tych torach) chorych. Mamy? Nie mamy. U 80% wszystkich badanych wykrywamy candida albicans - tyle, że ponieważ nie jest to równoznaczne z rozwinięciem klinicznego obrazu drożdżycy to nie twierdzimy że mamy do czynienia z 32 milionami zagrzybionych chorych na candidozę.
Dlaczego tak ohoczo przyzwoliliśmy na przestawienie zwrotniocy w przypadku jednego wirusa jest dla mnie nie do końca zrozumiałe. Dla Ciebie jest? Nauralnie że "niektóre osoby" chorują na Covid ciężko, ale to samo możemy przecież powiedzieć o śwince, HPV lub systemicznej candidozie - a mimom wszysto nie wpadamy w panikę i nie szukamy najbliższego miejsca pochówku. Coś się radykalnie zmieniło w naszej percepcji i szczerze powiedziawszy męczy mnie to powodując (od czasu do czasu) napad sceptyzyzmu chociaż do płaskoziemców twierdzących że jest to spisek zmierzający do przestraszenia nas zwykłym przeziębieniem mi nader daleko. I bynajmniej nie mam nic przeciw środkom ostrożności, ale gdy w tefauenie widzę reportaż w którym podekscytowany reporter donosi, że "od kilku godzin karetka z 92 letnim pacjentem w stanie agonalnym krąży po Warszawie bezskutecznie usiłując znaleźć miejsce na OIOMie z wolnym respiratorem" to doznaję kurwicy, bo umierających 92-latków nie podłącza się do respiratora, aby umarł zaintubowany. 92-letniemu umierającemu człowiekowi pozwala się godnie umrzeć, bo śródmiąższowe zapalenie płuc prowadzi w tym wieku i w tym stanie zdrowia według wszystkiego co wiemy i umiemy do nieuniknionego zgonu. Tak samo jak np. dekapitacja. To są takie rzeczy, które mnie jako lekarza najzwyczajniej w świecie doprowadzają do białej gorączki bo jest to wstrętna i kłamliwa narracja, a z kłamliwej narracji wynikają zawsze problemy.

I tym miłym akcentem na chwilę kończę.

kwik pisze...

Nacisk na testy a nie objawy wziął się pewnie stąd, że szybko okazało się, że bezobjawowi też zarażają. Co z tego że sami zdrowi albo jeszcze zdrowi. Masz dodatni wynik - na wszelki wypadek siedź na dupie w domu, nawet jeśli czujesz się świetnie. Oczywiście prawdziwym kryterium nie powinno być ani samopoczucie, ani wyniki testów tylko to, czy ktoś rzeczywiście zaraża. Niestety ustalenie tego jest mocno kłopotliwe. Więc dla mnie akurat ta przesadna ostrożność ma ręce i nogi, lepiej być doraźnie skutecznym niż definitywnie mądrym. Jak było naprawdę ustalimy później, na razie ważne jest opanowanie epidemii. Zresztą kij ma dwa końce - wliczając także bezobjawowych automatycznie obniżamy straszność choroby, procentowo umiera wtedy mniej zakażonych/chorych.

Natomiast zmuszanie do kwarantanny na podstawie jednego pozytywnego testu nie tylko skąpoobjawowego podejrzanego ale i wszystkich, z którymi miał bezpieczny (maseczki i dystans) kontakt to więcej niż gruba przesada, to już paranoja prowadząca wprost do ukrywania zarażeń. Nie wiem czy formalnie gdzieś tak było, ale nieudaną choć i tak przykrą próbę widziałem na własne oczy. Od tej pory wierzę że kowid to ciężka choroba i rzuca się na mózg. Telewizji nie oglądam, więc nie będę się wypowiadać na temat propagowania zajadłości terapeutycznej przez TVN, muszę wierzyć Ci na słowo. Mnie - jak już wspomniałem - najbardziej wkurwiają kowidowi neofici, najpierw zlekceważyli i ciężko odchorowali, potem próbują wszystkich ustawiać.

Zaczynam podejrzewać, że takie jest źródło fanatyzmu - spóźniona nadgorliwość. Tzn. jedno ze źródeł, bo przecież ostro konkurują z prorokami fundamentalistami, którzy od początku wszystko wiedzieli/wierzyli. Jedni i drudzy są przekonująco szczerzy, a nic tak nie kupuje ludzi. Wreszcie dołączają oportuniści, którym się zaczyna opłacać udawać zwycięskich fanatyków. Ale to już inna bajka, są różne zarazy.

telemach pisze...

wygląda na to, że większość spraw widzimy podobvnie, co mnie niepokoi.
A tak poważnie, to w jednym punkcie przy czytaniu się zaciąłem, o tutaj:
"Więc dla mnie akurat ta przesadna ostrożność ma ręce i nogi, lepiej być doraźnie skutecznym niż definitywnie mądrym. Jak było naprawdę ustalimy później, na razie ważne jest opanowanie epidemii."
Bo to jest, sorry, bardzo proste myślenie nie uwzględniające rachunku strat i zysków jak również (i zaraz uzasadnię) prowadzące do tragicznych nieporozumień.

Miałem na studiach przyjaciela. Studia były medyczne, przyjaciel był parę semestrów starszy, w końcu został chirurgiem, pojął za żonę przyjaciółkę mojej (późniejszej) żony i zaczął pracę w szpitalu w miejscowości P. Eric (bo tak miał na imię) chirurgiem był świetnym, chociaż na mój gust zbyt przesadnie religijnym, na szczęście w wydaniu anglikańskim.
Wkrótce dorobił się drugiego stopnia specjalizacji, trójki cudownych dzieci i wszystko by było dobrze bo pacjenci go kochali i szanowali gdyby dziecion nie zaczęło być trudno na codzień w szkole. Problem wynikał z tego, że rówieśnicy na ich widok wydawali różne nieprzyzwoite dźwięki co do których sądzili, że takie wydają małpy, a po 1989, gdy pojawiły się banany zaczęli rzucać też bananami. Znam z drugiej ręki, bo od 1981 nie było mnie już w Polsce. Acha, zapomniałem wspomnieć, że Eric nie był biały, prawdę powiedziawszy był czarny podobnie zresztą jak wszyscy inni przedstawiciele rodu panującego Ashanti, tam już tak jest, że co trzeci Ghańczyk ma w rodzinie jakiegoś króla.
Z żalem i smutkiem rodzina gdzieś około 95 roku spakowała się i wyjechała do Ghany. Eric zrobił kariereę uniwersytecką, kierował jakąś katedrą, w końcu kilka lat temu został dyrektorem kliniki chirurgii dziecięcej w Kumasi. Dzeci pokończyły Stanford i Harvard co im chyba wyszło na dobre bo nikt bananami tam w nie nie rzucał.
Gdy koronaszaleństwo się zaczęło stwierdziłem, że niekoniecznie zgadzam się z selektywną medialną narracją i zacząłem odnawiać kontakty z kolegami lekarzami w różnych krajach, aby z pierwszej ręki dowiedzieź się co i jak. Na początku tego roku zadzwoniłem do Erica i zapytałem go jak wygląda sytuacja z tą straszną pandemią w Ghanie, jakie są nastroje ludności i czy walka z zarazą zajmuje go bez reszty.
-Jaką pandemią?- zapytał Eric- u nas nikt nie zajmuje się żadną pandemią.
Oniemiałem.
- Wiesz ile osób w Ghanie umarło przez ten rok na Covid?- zapytał.
- Nie wiem- odparłem niezgodnie z prawdą bo wiedziałem.
- 960 - odparł - głównie strauszków. To jest tyle, ile co tydzień umiera tu od lat dzieci na malarię. A ty mi zawracasz dupę jakimiś fanaberiami znerwicowanych i nażartych ludzi histerycznej cywilizacji Zachodu.
Okazało się, że przez Covid zawieszony został program pomocowy WHO i szpitale malaryczne stoją puste, bo lekarzom-ochotnikom z USA i Australii nie wolno przylecieć, bo jest to niebezpieczne. Leki też przestały przychodzić. Umieralność na malarię się podwoiła.
I to by było na tyle na temat " ta przesadna ostrożność ma ręce i nogi, lepiej być doraźnie skutecznym niż definitywnie mądrym. Jak było naprawdę ustalimy później, na razie ważne jest opanowanie epidemii."
Przesadna ostrożność może ma ręce i nogi. Nie zawsze ma niestety głowę.

kwik pisze...

Zwróć uwagę na słówko "akurat". Chwaliłem przesadną ostrożność wyłącznie w kontekście nacisku na testy, a nie objawy - bo okazała się skuteczna. Oczywiście nie każda przesada jest skuteczna, np. zdecydowanie nierozsądne działania typu zamknięcie lasów nikomu pożytku nie przyniosło. Czyli lepiej być przesadnie ostrożnym we wprowadzaniu wszelkich ograniczeń.

Pewnie można się dowiedzieć jakie były kulisy ograniczenia pomocy WHO m.in. w Ghanie, zdaje się Trump wycofał nawet USA z "chińskiego" WHO zaoszczędzając kilkadziesiąt milionów dolarów. Tak czy owak jak widać lepiej nie polegać na ochotnikach z obcych krajów i kapryśnej pomocy zagranicznej. Ale nieprawda że bogate kraje nie mają realnych problemów z kowidem. Albo dyskryminowanej kolorowej biedoty, często z zabójczą przy kowidzie nadwagą. Jak się nudzisz to możesz rzucić okiem: https://www.apmresearchlab.org/covid
W największym skrócie: Our analyses have shown durable inequities in outcomes, particularly for minorities that are dying at considerably higher rates than White Americans.

Ta epidemia to rzeczywisty światowy kryzys i wcale nie przez histeryczne reakcje, wręcz przeciwnie, największe szkody wyrządziło luźne podejście (Trump, Bolsonaro, wczesny Johnson). Tu jak widzę masz odmienne zdanie, ale w sumie to już dziś bez znaczenia. Mamy skuteczne szczepionki i wszystko wskazuje na to, że czeka nas jeszcze ostatnia fala, a potem epidemia będzie się już tylko tlić albo zacznie występować w formie sezonowej.


telemach pisze...

Ta epidemia to istotnie rzeczywisty światowy kryzys i chyba nikt kto rości sobie pretensje do uważania się za jednostkę reagującą w racjonalny sposób nie będzie z tym poglądem polemizował.
Schody zaczęły się dla mnie w momencie gdy trzeba było wiosną zeszłego roku uczciwie rozważyć wszystkie opcje i dokonaź wyboru strategii wychodzenia z kryzysu.
Uważałem wówczas i uważam też dzisiaj, że nie wybrano wówczas optymalnego wariantu. Ale była to zupełnie odmienna sytuacja, odmienny pod względem właściwościwirus (tak, tak), odmienne doświadczenia terapeutyczne (zarówno pozytywne jak i negatywne) a przede wszystkim nie było szczepionek, a zdrowy rozsądek nakazywał się liczyź z tym, że nie będzie ich, w najlepszym razie, jeszcze przez 4-5 lat. Na pomysł, że firmy farmaceutyczne dostaną i od polityków zielone światło na przeskoczenie tego, czego jeszcze przed dwoma laty nigdy i pod żadnym pozorem przeskakiwaź nie było wolno - na taki pomysł nie wpadłem. Skoczyliśmy jednak na głęboką wodę i na razie wygląda na to, że jest ona wystarczająco głęboka aby nie skręcić sobie karku. To dobrze. Dzisiaj mamy już inną sytuację i inne wybory.
Wiesz, niewykluczone, że patrzymy też w różny sposób bo punkt siedzenia ma wpływ na sposób widzenia i każdy z nas widział i słyszał co innego. Jest mimo wszystko różnica pomiędzy Polską i Niemcami, tutaj jest trzy razy tyle intensywnych łóżek/100 tys. mieszkańców co w Polsce co każe oceniać stopień zagrożenia wynikający z zmożliwości ałamana się służby zdrowia trochę inaczej. Tutaj w trakcie pierwszego roku pandemii wybuchło poważne bezrobocie wśród pracowników służby zdrowia bo nie było dla ni dziesiątki szpitali ich pracy (nie wolno było pracowaź normalnie). Tysiące prywatnych praktyk lekarskich splajtowało, ponad 200 tysięcy lekarzy i pielęgniarek straciło pracę. Inny system, inne warunki, inna percepcja. To wszystko są problemy tak odległe dla Polaków w Polsce jak życie na Plutonie.
Rozległy temat i różna percepcja ze względu na odmienne uwarunkowania (tuta, w przeciwieńStwie do Polski) można było chronić grupy podwyższonego ryzyka bo wielopokoleniowe rodziny pod wspólnym dachem są absolutnymi wyjątkami a nie regułą.
Przyjemnie było sobie porozmawiać, a pomyśleć, że zaczęło się od kotka.

telemach pisze...

acha, mam nowego laptopa z innym układem klawiatury - stąd notoryczne literówki w rodzaju ż zamiast ć. Głupi HP envy, po co oni to zrobili?

Michał pisze...

Dopiero teraz na to trafiłem i przeczytałem z wielkim zainteresowaniem. Dziękuję obu dyskutantom za mądrą lekturę!