piątek, 22 maja 2026, 07:10

ciekawostka przyrodnicza

Ja: Swoją działalność zainaugurował warszawski oddział amerykańskiego think tanku Heartland Institute. Co Heartland Institute sądzi o GMO?

Chat GPT: Heartland Institute to amerykański think tank znany głównie z konserwatywnej i wolnorynkowej perspektywy w polityce i nauce. Jest szczególnie znany ze sceptycyzmu wobec regulacji środowiskowych i zmian klimatu.

Jeśli chodzi o GMO (organizmy modyfikowane genetycznie), Heartland Institute generalnie prezentuje stanowisko pro-GMO, choć w tonie charakterystycznym dla ich podejścia do wolnego rynku:

  • Podkreślają potencjał GMO w zwiększaniu plonów i poprawie bezpieczeństwa żywnościowego.

  • Sprzeciwiają się restrykcyjnym regulacjom, które – ich zdaniem – hamują innowacje i rozwój biotechnologii rolniczej.

  • Krytykują przesadne obawy dotyczące bezpieczeństwa GMO, argumentując, że naukowe dowody nie wskazują na znaczące zagrożenia dla zdrowia ludzi czy środowiska.

Czyli w skrócie: Heartland Institute jest zwolennikiem GMO i wolnego rynku w rolnictwie, w przeciwieństwie do bardziej regulacyjnych lub ekologicznych perspektyw, które postulują ograniczenia w uprawie GMO.

Jeśli chcesz, mogę też podać konkretne przykłady artykułów czy raportów Heartland Institute na temat GMO, żeby pokazać ich argumentację w praktyce. Chcesz, żebym to zrobił?

Ja: Nie, na razie dziękuję. Czy jest jakiś polski think tank podzielający ich opinię o GMO?

Chat GPT: Tak, w Polsce istnieją organizacje i think tanki, które prezentują pro-GMO, pro-innowacyjne podejście do biotechnologii rolniczej, choć warto zaznaczyć, że nie ma dużego, jednoznacznie znanego odpowiednika Heartland Institute w sensie całego wachlarza konserwatywno-liberalnych poglądów ekonomicznych.

Przykłady:

  1. Fundacja Instytut Obywatelski (czasem publikuje analizy na temat biotechnologii i regulacji rolnictwa, z naciskiem na ograniczenie nadmiernych regulacji)

  2. Instytut Gospodarki Rolnej i Żywnościowej / niektóre think tanki akademickie – w publikacjach naukowych i eksperckich często podkreślają, że GMO może poprawiać plony, zmniejszać użycie pestycydów i zwiększać bezpieczeństwo żywnościowe.

  3. Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Naukowej (CALPN) – nie zawsze formalnie “pro-GMO”, ale w raportach o biotechnologii promuje regulacje oparte na dowodach naukowych, co zwykle sprzyja wdrażaniu GMO.

W praktyce w Polsce większość debat publicznych o GMO jest bardziej sceptyczna – głównie ze strony organizacji ekologicznych i niektórych mediów – więc think tanki z jednoznacznie pro-GMO stanowiskiem są nieliczne i mniej medialne.

Jeśli chcesz, mogę zrobić krótką tabelę polskich instytucji i ich stanowisk wobec GMO, żeby było to bardziej przejrzyste. Chcesz, żebym taką zrobił?

Ja: Nie, na razie dziękuję. Wolę zostawić temat, jest dla mnie zbyt przygnębiający.

Chat GPT: Rozumiem całkowicie – czasem takie tematy rzeczywiście potrafią przytłoczyć.

Możemy wtedy zmienić klimat – na coś lżejszego albo inspirującego. Mogę np. opowiedzieć ciekawostkę naukową, podsunąć jakiś kreatywny pomysł albo po prostu zabawić Cię zagadką. Chcesz, żebym coś takiego zrobił?

Ja: Nie.

czwartek, 14 sierpnia 2025, 07:51

dobra rada

Pierwotny tytuł "jak zostałem polonistom" po namyśle uznałem za zbyt mało klikbaitowy.

Od jesieni zeszłego roku "pracuję" nad własnym polskim słownikiem do sprawdzania pisowni przez programy czytające słowniki Hunspell czyli pary plików dic/aff (na początku nawet nie wiedziałem że oprócz oryginalnego hunspella jest też nuspell i cspell). Pracuję w cudzysłowie bo tylko jak mi się chce, gdybym rzeczywiście musiał już dawno bym przestał (pracować). Ale czasem to naprawdę ciężka praca — bo polski jest ciężki. I nic dziwnego że słabi ludzie garbią się pod jego ciężarem.

Sam nie mówię ciężko powiedzieć czyli mówię po staremu — trudno. Ale znam (lubię, szanuję) takich co już mówią ciężko. Nie da się ukryć że ciężko jest w ekspansji ("epidemia", "plaga") i nie ma co liczyć na to, że moda i minie. Czyli jeśli ktoś nie umie objąć i przytulić powinien chociaż zacząć tolerować. Mnie ciężko powiedzieć wciąż razi, ale może trochę przestanie. Bo właśnie odkryłem że trudno powiedzieć też jest wadliwe. Trudno powiedzieć "no cóż że ze Szwecji" ale w większości pozostałych przypadków wcale nie powiedzieć jest trudno. Tylko zgadnąć, przewidzieć, rozstrzygnąć, zdecydować. Człowiek odpowiedzialny (za słowo, za skutki, za innych) czyli nielekkomyślny chyba ma prawo mówić ciężko. Zarazem można by uznać trudno za nieco pretensjonalne, ocierające się o wymówkę, sugerujące zaledwie chwilowe albo związane z okolicznościami trudności. A ciężko nie da się rozbić na pojedyncze ciężkości, które — tak jak trudności — można by pokonywać jedną po drugiej, jest tylko ogólne ciężko. Przygniatające. Jakże polskie. Jeszcze trochę i sam zacznę mówić ciężko, nie trzeba się siebie wstydzić.

Sami zobaczcie czyli garść przykładów (słabe bo pierwsze z brzegu):
— Czy uda się nam kiedykolwiek definitywnie odpowiedzieć na związane z tymi pojęciami pytania? Naprawdę trudno powiedzieć.
— No tak, ale trudno powiedzieć, co z tego wyjdzie.
— Tym razem twórcy zajęli się wyborcami niezdecydowanymi, spod znaku odpowiedzi „trudno powiedzieć” w sondażach i ankietach.
— Gdzie jednak leży granica pilnowania tego, żeby nam się różne rozumienia zbytnio nie rozjeżdżały? Trudno powiedzieć.

Jak widać powiedzieć w trudno powiedzieć nie jest dosłowne i napisać byłoby równie trudno. Powiedzieć jest wygodne bo leniwe jak pierogi i nieco mętne. Ale język to czasem właśnie takie leniwe pierogi, które przecież ani się nie lenią ani nie są pierogami. Trzeba się z tym pogodzić.

A obiecana dobra rada będzie? Zobaczymy. Ciężko powiedzieć co dla kogo dobre, zawsze można niechcący zaszkodzić. Jeśli kogoś niezmiernie oburzają ludzie mówiący inaczej niż on, a nikogo to już nie oburza — albo co gorsza oburza, ale zbyt słabo — to na to nie ma dobrej rady. Może sobie najwyżej trochę ulżyć (okrutnie kalecząc interpunkcję) na jakimś blogu poprawnościowym: "Ten kto pierwszy zastąpił slowo trudno, słowem ciężko powinien dostać karę śmierci za okaleczanie języka polskiego". Ale jeśli oburza tylko trochę albo zaledwie nieco razi, to kolejna refleksja nad inherentną ułomnością języka i własną małością na pewno nie zaszkodzi. Czy warto walczyć z leniwymi pierogami?

sobota, 25 stycznia 2025, 22:54

o żurawiach można w nieskończoność

Niecałe pięć lat temu padło (tu, w jednym z komentarzy) niezobowiązujące "Może tak byś jakiegoś żurawia pstryknął?" Zapadło mi w pamięć, próbowałem (bez tego nie da rady) i już jest. Żuraw, a nawet dwa.

Zdjęć jeszcze nie oglądałem. Ale ufam, że obiekty będą wyraźnie widoczne, żuraw drobnym ptakiem nie jest. Nie byłem przygotowany na żurawia w styczniu, ale na szczęście przed pójściem na dzisiejszy spacer wypiłem tylko dwa piwa. Akurat tyle żeby ręka stała się pewna, a wzrok pozostał bystry. Zresztą zaraz się okaże.

Grus grus Grus grus Grus grus Grus grus Grus grus Grus grus Grus grus Grus grus Grus grus Grus grus Grus grus

Jeśli ktoś chce wiedzieć dlaczego "żuraw" to polecam Gruit grus: The Indo-European names of the crane, niedawno niechcący się natknąłem szukając dlaczego "gżegżółka".

wtorek, 19 listopada 2024, 07:20

najkrócej o Polakach

oponent proponent

sobota, 7 stycznia 2023, 10:26

bezpieczne Windows (tak jakby)

Na razie jedyną w miarę bezpieczną wersją Windows jest Windows S (sprzedawane z najtańszymi laptopami), gdzie można uruchamiać wyłącznie aplikacje ze sklepu Microsoftu. Właściwie jest to Windows Home przestawione w tryb S ("usprawnione pod kątem zabezpieczeń") i niestety wyjście z tego trybu jest nieodwracalne (bez sensu to zrobili, ale pewnie policzyli). Czyli chwilę po odkryciu, że czegoś nie ma w Microsoft Store i wyłączeniu trybu S zostajemy bezpowrotnie we wrogim środowisku, nieusprawnionym pod kątem zabezpieczeń.

Najprostszym sposobem usprawnienia (pod kątem zabezpieczeń) Windows Home jest pewnie zakup dobrego programu antywirusowego, tzn. lepszego niż wbudowany w Windows Defender. Ale po pierwsze trzeba wiedzieć który jest lepszy, a po drugie nie po to kupujemy najtańszego laptopa żeby zaraz do niego dopłacać. Zresztą wypowiadałem się krytycznie o programach antywirusowych już sto lat temu i zdania nie zmieniłem. Tyle że dziś już każdy chcąc nie chcąc używa programu antywirusowego. A tzw. złośliwe oprogramowanie i tak jest krok do przodu, o czym niewątpliwie świadczy nieustająco duża liczba infekcji.

Na szczęście jest też sensowna darmowa alternatywa. Bo Windows oprócz słabego programu antywirusowego ma dość skuteczny mechanizm blokowania uruchamiania wszelkiego oprogramowania, więc także złośliwego. To AppLocker. Co ciekawe (od Windows 10) — wbrew potocznej opinii — AppLocker działa również na Windows Home, niestety ta radosna nowina chyba zbyt powoli dociera do potencjalnie zainteresowanych użytkowników. Może dlatego, że konfigurowanie AppLockera na Windows Home/Professional jest mówiąc oględnie nieco karkołomne i niezbyt bezpieczne, trzeba to robić skryptami powershella. Więc nikogo nie namawiam, ale tym bardziej nie zniechęcam. Da się: Applocker on Windows Home. Na wszelki wypadek jeszcze link do samego źródła czyli skryptów Sandy Zeng na githubie. Rzecz jasna rozsądek nakazuje poćwiczyć na zwirtualizowanych Windows, gdzie łatwo wrócić do niezepsutej kopii.

Oczywiście żeby mieć pełny pożytek z AppLockera trzeba przestać pracować na koncie z uprawnieniami administratora. Zresztą i tak lepiej przestać. Na pewno wygodniej jest pracować jako administrator, nie trzeba w koło macieju podawać hasła (tylko raz przy logowaniu), ale to niestety przepis na katastrofę. Na koncie z uprawnieniami administratora najlepiej mieć więc jakieś trudne do złamania ale w miarę łatwe do wpisywania hasło, niestety — jak już wspomniałem — jako standardowy użytkownik dość często musimy je podawać.

Więc jeśli właśnie kupiliśmy laptopa to od razu zakładamy drugie konto do codziennego użytku, bez uprawnień administratora. A jeśli do tej pory nierozważnie i lekkomyślnie działaliśmy na koncie z uprawnieniami administratora to zakładamy drugie konto z uprawnieniami administratora, sprawdzamy czy działa, a potem zabieramy prawa administratora sobie, czyli kontu, którego normalnie używaliśmy i nadal używać zamierzamy. Od tej pory działamy jako standardowy użytkownik, któremu nasze drugie ja (opiekuńczy administrator) odbiera prawo strzelania sobie w stopę z granatników.

Jako administrator za pomocą AppLockera powinniśmy uniemożliwić sobie/użytkownikowi (czyli i złośliwemu oprogramowaniu) uruchamianie wszystkiego, co nie zostało świadomie i porządnie zainstalowane z konta administratora. Oraz — zachowując dużą ostrożność — wszystkiego co już jest na komputerze (bo wchodzi w skład systemu operacyjnego Windows) i da się kreatywnie wykorzystywać do infekowania, a nam (w roli użytkownika) nie jest do życia potrzebne. Ponieważ dziś już każdy ma program antywirusowy (sprawdzający, czy sygnatura uruchamianego programu znajduje się w bazie wirusów), to źli ludzie posługują się coraz częściej i coraz sprawniej systemowymi programami Microsoftu. Wiadomo że na komputerze już są, a w bazie wirusów się nigdy nie znajdą. Lista ich jest długa i możliwość uruchamiania części z nich na pewno warto odebrać sobie jako standardowemu użytkownikowi.

Próba uruchomienia zablokowanego programu od razu rzuci się w oczy:
Żeby zobaczyć co zostało zablokowane trzeba zajrzeć do logu Microsoft-Windows-AppLocker%4EXE and DLL.evtx — rejestrowane są tam wszystkie próby uruchomienia programów, także dozwolone, czyli np. w przypadku Firefoksa czy innej przeglądarki każde otwarcie nowej zakładki, niestety podobno nie można tego inaczej ustawić.

Zaoszczędzone dzięki zrezygnowaniu z "lepszego programu antywirusowego" pieniądze można np. pożytecznie przeznaczyć na zakup klucza sprzętowego Yubico i zabezpieczyć np. swoje konto na Google (gdzie mamy pozapisywane wszystkie hasła).