Pokazywanie postów oznaczonych etykietą emisja CO2. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą emisja CO2. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 26 listopada 2019, 23:17

rafy i raniuszki

Jesień długo ładna była, ale ładna się skończyła. Teraz jest mroczno, chłodno i wilgotno. Na spacer po lesie raz w tygodniu trzeba iść, a z braku bodźców wzrokowych byle co mnie ucieszy. Np. porośnięte grzybami pniaki brzozowe.

Pojawiło się mnóstwo raniuszków, nie są wcale płochliwe, można im łatwo robić zdjęcia. Szkoda tylko że jest ciemno.

Próbując ustalić jakie grzyby obrosły pieńki znalazłem niechcący receptę na uniknięcie katastrofy klimatycznej — jest w naszej wikipedii pod hasłem Grzyby nadrzewne. Wystarczy wytępić grzyby rozkładające drewno:

"W przyrodzie jednak grzyby te jako reducenci odgrywają bardzo ważną rolę. Rozkładając drewno, umożliwiają bowiem powrót jego składników do ekosystemów i niezbędny dla życia na Ziemi obieg materii w przyrodzie. Lasy na świecie wiążą rocznie w drewnie około 400 mld ton dwutlenku węgla. Gdyby nie rozkład tego drewna, cały zapas tego gazu na Ziemi wyczerpałby się po około 20–30 latach".

niedziela, 2 grudnia 2018, 08:12

nic nie mogę

Na końcu okolicznościowego tekstu Climate change: Where we are in seven charts and what you can do to help BBC wetknęło ulotkę zachęcającą do indywidualnej aktywności w obliczu nieuchronnej katastrofy klimatycznej (spowodowanej rzecz jasna antropogennym ociepleniem). Na razie mam z tego ocieplenia same korzyści (więc niespecjalnie się przejmuję), ale chciałbym mieć też czyste sumienie, więc na wszelki wypadek rzuciłem okiem. Niestety, chciałem dobrze, ale to nie dla mnie.

Nie mogę np. ograniczyć spożycia wołowiny. Od dawna jej nie jem. W ogóle jem znikome ilości mięsa, a jeśli już to tylko drób, ryby i bezkręgowce. Napojów mlecznych nie znoszę, masła jem kostkę na miesiąc, a sera tyle co kot napłakał. Jeśli nawet się poświęcę i nie zjem tych kilku krewetek (hodowla krewetek jak widać na pokazanym poniżej obrazku z Reducing food’s environmental impacts through producers and consumers bywa zaskakująco szkodliwa), to i tak niczego to nie zmieni. Weganem na pewno nie zostanę, zresztą ktoś wreszcie zmierzy emisję metanu przez takiego fanatycznego roślinożercę i zaraz okaże się, że wcale nie są tacy zeroemisyjni.

Nie mogę też przestać marnować żywności, bo w ogóle nic nie wyrzucam. No może poza olejem z sardynek, ale bez przesady, puszki też nie zjadam. Tłuszcz do zalewania jedzenia to jeden z pierwszych pomysłów na szczelne opakowanie, ograniczające dostęp bakterii i pleśni. Jak dla mnie mogliby sardynki zalewać parafiną, podobno świetnie przeczyszcza.

Następna pozycja czyli zalany deszczem rowerzysta w bezmięsnych sandałach zachęca do redukcji emisji spalin. Tu też nie mam żadnej możliwości manewru, dużo i energicznie chodzę, z upodobaniem jeżdżę na rowerze i zatłoczonymi środkami komunikacji miejskiej. Może kupię sobie kiedyś elektryczny samochód, na razie są drogie i bez sensu.

Piorę rzadko, wiruję słabo i suszę tylko na sznurkach. Nie prasuję. Zrezygnowałem nawet z suszarki do włosów, której używam tylko zimą. Zresztą ten problem niedługo sam się definitywnie rozwiąże.

Ostatnią podróż biznesową odbyłem dwadzieścia lat temu, właśnie przy użyciu pociągu, a nie samolotu. Ten punkt najwyraźniej też mnie nie dotyczy.

Mieszkanie mam doskonale izolowane styropianem, a zimą schodząc pieszo choć płacę za windę zamykam okna po debilach palaczach wyrzucanych przez asertywne żony na klatkę schodową. Taki zasrany pantoflarz mógłby chociaż udawać maczo paląc i zimą na balkonie.

No i to już koniec. Nic nie mogę, już dziś jestem wystarczająco ekologiczny. Pozostaje mi tylko uprawianie propagandy i zachęcanie innych.

poniedziałek, 4 grudnia 2017, 07:43

powstrzymaj gazy

Z dość mętnych powodów kupiłem energooszczędną kartę graficzną GeForce GTX 1050 Ti z którą potem nie bardzo miałem co zrobić, więc teraz robi eterki (𝝣). Ale ja nie o tym. Otóż przy okazji, żeby z grubsza ustalić ile zapłacę za włączenie komputera na stałe, kupiłem tzw. watomierz czyli wtykany w gniazdko gadżet za 50 zł pokazujący zużycie prądu podłączonego przezeń urządzenia (jeśli ktoś ma cień wątpliwości, to podłączam ja, ale nie bezpośrednio tylko przez ten miernik). Chciałem się zarazem upewnić, że włożenie 1050 Ti do Della T30 z energooszczędnym zasilaczem 290W nie jest złym pomysłem (nie jest, całość pracuje poniżej 105W). Z ciekawości zacząłem potem podłączać różne inne urządzenia, ale zaraz mi się znudziło, wyniki były mało zaskakujące.

Nieoczekiwanie ciekawe okazało się natomiast normalne używanie innego komputera podłączonego przez watomierz, połączone z zerkaniem na wyświetlacz miernika. Na laptopie od razu wszystko jasne, wentylatorek zaczyna wyć gdy tylko procesor ciężko pracuje. Po dorosłym komputerze z czterordzeniowym procesorem trudno poznać, taki wyje dopiero po dwóch godzinach instalowania comiesięcznych poprawek do Windows, na co dzień łatwo zapomnieć, że po cichu męczy się o wiele częściej. A na mierniku zaraz widać. I tak oto gadżet za 50 zł otworzył mi oczy. Np. jaką zarazą są napędzane javascriptem reklamy. Które do tej pory uważałem za nieszkodliwe paskudztwo i najwyżej omijałem wzrokiem. Poczułem się nieswojo, gdy okazało się, że już po włączeniu kilku stron posranych filmowymi reklamami procesor bierze trzy razy tyle prądu. Nie dość, że sam się męczę udając, że mnie te coraz bardziej nachalne reklamy nie wkurwiają, mam jeszcze zwiększając emisję gazów cieplarnianych pchać ludzkość do katastrofy klimatycznej? Głupie to i nieetyczne zarazem.

Pomysły, żeby uwolnić się wreszcie od reklam i zasilać producentów mikropłatnościami w kryptowalutach (patrz np. Brave Payments) mają na pierwszy rzut oka podobną wadę. Bo przecież wytwarzanie kryptowalut też związane jest ze zwiększoną emisją CO2 (nawet jeśli teoretycznie nie musi). Ale wyświetlanie reklam za każdym razem będzie szkodliwe, natomiast raz wytworzona waluta już nikomu nie szkodzi, a można nią obracać. Jestem więc umiarkowanym optymistą. A tymczasem zaczynam używać adblokerów. Bez żadnych skrupułów. I tak dość długo wytrzymałem.

Przy okazji wypada wspomnieć o jeszcze jednym prostym rozwiązaniu, które już ma złą prasę, niestety nie bez powodów. Można oczywiście zrezygnować z reklam, zapomnieć o mikropłatnościach i zamiast tego produkować (niektóre, np. Monero) kryptowaluty javascriptem bezpośrednio w przeglądarce użytkownika. Rzecz jasna wypadałoby mieć na to jego wyraźną zgodę (choć podobno są i tacy, którym wszystko jedno: Badass alert: 1 in 5 Brits don't give a damn about webpage crypto-miners). Tak czy owak nie jest to rozwiązanie zasadniczo złe. W odróżnieniu od natrętnych prądożernych reklam.

piątek, 11 sierpnia 2017, 23:30

nieszczęścia chodzą klastrami

Wpadła mi w ręce mała książeczka (PDF 1,87 MB), coś w rodzaju dość współczesnego kompendium pseudonauki. Szybko przejrzałem, coraz bardziej zadowolony z siebie, że jestem już tak stary, że od dawna na nic z tego bogatego repertuaru nie dałem się nabrać. Ale potem zrobiło mi się tak sobie, bo może jednak nie ma się z czego cieszyć, może tylko — pewnie podobnie jak autor tego dość zabawnego katechizmu — miałem zwyczajnie i po prostu dużo więcej szczęścia niż inni. Jakoś tam, bez własnych zasług i zalet, czyli mocno niechcący byłem regularnie uprzywilejowany przez maszynę losującą. Jak to mówią, więcej szczęścia niż rozumu.

Nawet jeśli los mnie dotkliwie doświadczał, to zawsze porcjami w granicach moich aktualnych możliwości, nigdy lawiną nieszczęść od czego można tylko zwariować (jak Hiob). Nawet jeśli bywałem przewlekle niezadowolony z siebie, to nigdy aż tak bardzo żeby się powiesić, popaść w alkoholizm albo poddać wieloletniej psychoanalizie. Najwyżej lekka depresja. Miałem więc szansę stopniowo mądrzeć. A może po prostu jestem gruboskórnym chamem. Ale nawet jeśli, to przecież też nie z wyboru. Genetyczne uwarunkowania albo zasługa tych, którzy mnie uczyli i wychowywali.

Wracając do dziełka Berezowa, najbardziej żachnąłem się przy haśle (przytaczam w całości, wytłuszczenie moje): Growth hormones (rBST) Some cartons of milk contain the label “rBST-free”, which means that cows were not injected with a hormone called recombinant bovine somatotropin that causes them to produce more milk. Because you’re not a cow, the hormone does not affect you.

Żachnąłem się, bo choć trochę kiedyś liznąłem fizjologii zwierząt, to akurat nie wiem czy rekombinowana bydlęca somatotropina działa na ludzi czy nie, na pewno nie jest to oczywiste. Np. insulina zwierzęca działa, dopóki nie zrobiono rekombinowanej, podobnej do ludzkiej, produkowanej w drożdżach czy bakteriach używano naturalnej zwierzęcej, zapewne z trzustek bydlęcych, problemem zdaje się nie było to, że nie działała, tylko że — jak wiele obcych białek — może uczulać, szczególnie podawana dożylnie. Gdy pijemy mleko od krów traktowanych białkowym hormonem wzrostu rzecz jasna strawimy ten hormon tak samo jak każde inne białko, jeśli w ogóle jest w mleku (dla porządku dodam, że są też białka niestrawne, np. priony albo zwykła keratyna). Doustnie przyjęty hormon białkowy nie będzie więc działać, zupełnie niezależnie od tego, że faktycznie nie jesteśmy krowami. Teraz sprawdziłem, rekombinowany bydlęcy hormon wzrostu podobno rzeczywiście nie działa na ludzi. Ale autor zbyt mocno ściął zakręt, nie można z góry zakładać, że zwierzęcy hormon nie może działać na ludzi, ludzie przecież też zwierzęta.

Drugie co mnie uderzyło to brak czegokolwiek wprost o globalnym ociepleniu. Berezow sensownie i krytycznie ocenia alternatywne źródła energii, ale generalnie chowa głowę w piasek. Uczciwiej byłoby np. napisać, że każdy staje w końcu przed swoją ścianą i nie potrafi albo nie chce ocenić — pseudonauka czy nie. Albo nawet napisać coś bez sensu. Obawiam się najgorszego i najprostszego, choć globalne antropogeniczne ocieplenie jest niestety brutalnym faktem, to tak już obrosło pseudonauką, że złym ludziom nigdy nie zabraknie pretekstów żeby je nadal cynicznie i skutecznie ignorować. Problem stał się już zbyt poważny, żeby szczerze o nim mówić, można tylko uprawiać politykę. Choćby strusią.

No dobra, przyznaję że też kiedyś dałem się nabrać filmowi o Brockovich, choć miałem wcześniej kontakt z różnymi związkami chromu i jakoś nic mi się nie stało. Ale to było naście lat temu. Poza tym warto dać się oszukać żeby poznać mechanizm. Byle nie za często.

czwartek, 22 grudnia 2016, 06:54

Solidarność chce nas zabić

"Wprowadzenia własnej polityki klimatycznej uwzględniającej polskie uwarunkowania społeczno-gospodarcze" — tego m.in. domaga się Krajowy Zjazd Delegatów NSZZ "Solidarność" od Rządu RP. Wyjąłem z kontekstu, cały ten kaleki punkt brzmi: "Renegocjację, celem zawieszenia przepisów związanych z wdrażaniem unijnej polityki klimatycznej, a także wprowadzenie własnej polityki klimatycznej uwzględniającej polskie uwarunkowania społeczno-gospodarcze i bezpieczeństwo energetyczne kraju" — chodzi więc zapewne o renegocjację jakiejś przykrej umowy unijnej hamującej rozwój polskiego górnictwa węgla kamiennego. W innym punkcie mamy: "Promocję POLSKIEGO WĘGLA. Większą aktywność producentów i dystrybutorów węgla w tym zakresie. Wykorzystanie polskich instytucji celem zwiększenia udziału węgla krajowego w sprzedaży do sektora socjalno-bytowego i ciepłowniczego". Sektor socjalno-bytowy to ludzie palący w piecach węglem, kupują rosyjski bo tańszy. Chodzi więc pewnie o dopłaty do polskiego i obłożenie cłem reszty (co już było w pierwszym punkcie: "Natychmiastowe wprowadzenie mechanizmów przeciwdziałających nadmiernemu importowi węgla spoza Unii Europejskiej, w szczególności z Federacji Rosyjskiej").

Z tekstu Niezbędne są bardziej zdecydowane działania aby zaradzić szkodom powodowanym przez zanieczyszczenie powietrza gdzie straszą: "Szacuje się że w 2013 r. narażenie na PM2,5 spowodowało około 467 000 przedwczesnych zgonów w 41 krajach europejskich" można przejść do strony z mapką, która niedwuznacznie sugeruje o które kraje chodzi, gdzie indziej oszacowali że u nas to tylko 48 270 zgonów.

Annual mean concentrations to średnie roczne stężenia, PM2,5 to niewidzialny pył powodujący raka płuc, astmę i choroby układu krążenia. Taki pył powstaje m.in. przy paleniu węglem w piecach. A więc "Solidarność" chce nas zabić, tyle że polskim węglem. A tym bardziej chce zabić nasze dzieci, również te nienarodzone, a nawet jeszcze niepoczęte. Pewnie nieświadomie, ale co to zmienia. Do rozumu i tak nie da się im przemówić, przecież gdyby go mieli w ogóle nie trzeba by było.

Teoretycznie da się używać węgla kamiennego jako źródła czystej energii, teoretycznie można brać silne narkotyki rekreacyjnie, bez szkody dla zdrowia, podobno można nawet humanitarnie poderżnąć gardło żywej, nieogłuszonej krowie. W praktyce niestety jest to trudne, wymaga dużej kultury i wprawy. Co gorsza w "sektorze socjalno-bytowym" i tak zawsze decyduje cena. Więc nawet jeśli zdrowy polski węgiel będzie tańszy od rosyjskiego to ludzie i tak kupią tańszy piec zatruwający środowisko, bo niewidzialnego PM2,5 nigdy nie zobaczą, a odległych skutków zdrowotnych nie skojarzą, za to aktualną cenę pieca od razu widzą doskonale. A więc powtarzam, Solidarność chce nas zabić, bo promocja dowolnego węgla, choćby polskiego i poświęconego, bez jednoczesnego ograniczenia jego zużycia przez zwykłych ludzi musi się skończyć wzrostem zachorowań i śmiertelności.

Oczywiście nie tylko o węgiel chodzi, to nie jest jedyne źródło PM2,5. Ale jeśli się zrobi specjalną furtkę dla polskiego węgla, to trudno potem sensownie interweniować przy innych źródłach, to przecież tak jak na czyjeś życzenie zrobić dziurę w balonie a od wszystkich zażądać, że teraz trzeba mocniej dmuchać. Nie, trzeba wszystko razem, ograniczyć zużycie węgla opałowego, badać emisję spalin, ograniczyć sprowadzanie złomu samochodowego, zbudować metro w Krakowie, może w ogóle wyrzucić diesle z miast, nie wiem bo się nie znam. Obudziłem się z łapą w nocniku raptem parę dni temu i nawet nie zdążyłem jej porządnie oblizać. Nie, niestety nie jest to kolejna lewicowa histeria, po prostu odrabiamy zaległe lekcje, jesteśmy tam, gdzie Londyn był w latach pięćdziesiątych. Tak, jest na to apka do Androida, a w Delhi i Pekinie jest dużo gorzej.


DODANE: obszerne (PDF 36MB) Pyły drobne w atmosferze. Kompendium wiedzy o zanieczyszczeniu powietrza pyłem zawieszonym w Polsce. Jesteśmy czołowym producentem pyłów w UE, zaraz za Francją, procesy spalania poza przemysłem to połowa naszej emisji, "największy problem stanowią indywidualne piece w gospodarstwach domowych, zwłaszcza te starszej generacji, które często wykorzystują paliwo złej jakości i nie są wyposażone w urządzenia do redukcji emisji zanieczyszczeń", "jedynie 17% sprzedawanych rocznie kotłów w Polsce to kotły automatyczne (miałowe, groszkowe lub miałowo-groszkowe), a 83% to kotły zasypowe (ręczne)".

DODANE (8 stycznia 2017): na zimowe noce zdecydowanie polecam zatrute NO2 powietrze londyńskie (stąd):

czwartek, 22 grudnia 2011, 22:36

mięskopuścik

W związku z nadchodzącym mięsopustem chciałbym bezpardonowo zaatakować wegetarian (co zaraz uczynię, w dodatku cudzymi rękami). Wiedzcie matołki, że wasze poświęcenie idzie na marne, gorzej — przez to, że odmawiacie sobie zdrowej przyjemności, ginie straszną śmiercią wielokrotnie więcej inteligentnych stworzeń. Że wegetarianizm jest głupotą i powoduje wzdęcia, to jasne. Ale wiedzcie osiołki, że wegetarianizm jest także zbrodnią przeciw gryzoniom, bo to z nimi ostro konkurujecie o pokarm. A dalej będzie już rzeczowo i spokojnie, bo w sumie nic do wegetarian nie mam, swoją naiwną dobrocią budzą nawet moją (nic nie wartą) życzliwość.

A nawet trochę pod włos. Na pewno warto jeść etycznie, bo w ogóle warto żyć etycznie. Kogo w dzieciństwie głęboko wzruszył prosiaczek Babe, ten pewnie powinien ograniczyć spożycie wieprzowiny. Bo świnki, choć zwykle nie aż tak mądre jak Babe, to jednak wybijają się inteligencją spośród masowo spożywanego przez nas mięsa (w dodatku wieprzowina podobno nie jest zdrowa). Tak, to bardzo szlachetnie nie jeść bystrych prosiaczków. Ale wiedzcie koziołki, że jak wyliczył (nie wiem czy dobrze) jakiś Archer z Australii, wyprodukowanie 100 kg białka wołowego na pastwisku wymaga humanitarnego zabicia średnio tylko 2,2 tępego wołka, natomiast wyprodukowanie podobnej ilości białka roślinnego związane jest z okrutną śmiercią aż 55 przemiłych myszy! Czułych matek, wrażliwych i muzykalnych kochanków, biednych opuszczonych sierot…

Cały godny uwagi (acz niepotrzebnie rozwlekły) tekst jest tu: Ordering the vegetarian meal? There’s more animal blood on your hands. Obok tekstu redakcja objaśnia, że autor nie dostaje złamanego grosza od nikogo, kto na tym ewentualnie skorzysta, tekst jednak wygląda na próbę patriotycznej promocji konsumpcji kangurzego mięsa, z pewnością hamowanej sympatią do kangurów. Mniejsza z tym.

wtorek, 13 stycznia 2009, 04:25

środek Polski empirycznie znaleziony

Jak to zwykle bywa, szukałem czego innego niż znalazłem, powiem czego szukałem jeśli znajdę, na razie będzie o tym, co znalazłem. A znalazłem jak wyświetlać mapy z Google Maps bez użycia JavaScriptu. W zasadzie bardzo proste, wpisujemy do przeglądarki adres w postaci http://maps.google.com/staticmap?&zoom=5&size=250x250¢er=52,19 – czyli zoom:5, rozmiar 250x250 pikseli i współrzędne środka, najpierw szerokość potem długość – i już mamy małą mapkę Polski. Gdy zajrzymy do Googla pod Static Maps API Developer's Guide, wszystko okaże się nieco bardziej skomplikowane (i trzeba wziąć od nich specjalny klucz do map, osobny na każdy adres), ale może i tak warto wiedzieć, jak wyprodukować elegancką mapkę do wrzucenia na bloga. Tu mógłbym zademonstrować krok po kroku jak robię np. mapkę z zaznaczonym na żółto miejscem, w którym kiedyś wypuściliśmy do lasu jeża, ale to zbyt łatwe. Zamiast tego postanowiłem zaspokoić swoją ciekawość.

Metodą prób i błędów szybko ustaliłem, że zoom 6 i rozmiary 460 x 435 całkiem nieźle obejmują Polskę, gdy środek mapy leży na 52 i 19 (bez pedanterii).


A potem kilka kolejnych przybliżeń: zoom 8...


zoom 10...


i zoom 12:


I już wyraźnie widać, że środek Polski to Krzepocinek.

Te mapy u mnie są już w postaci gotowych obrazków, wczoraj czytałem, że jedno szukanie w Guglu wytwarza tyle CO2, co zagotowanie pół czajnika wody na herbatę, wygenerowanie takiej mapy to pewnie jak ugotowanie zupy.
ps. Wikipedia oczywiście ma inne zdanie na temat środka Polski, ale jak można wierzyć encyklopedii, którą może edytować dosłownie każdy?! A tego bloga mogę edytować tylko JA.

No dobra, nie jestem uparty, wpisuję współrzędne Piątka jako środka i zmniejszam powiększenie tak, by objąć całą Polskę:

Ortodroma ortodromą, ale coś tu chyba jest nie tak.

wtorek, 14 października 2008, 23:04

klimatyzm = komunizm

Marksizm, freudyzm, klimatyzm — to tytuł rozmowy Semki z Klausem, prezydentem Czech i autorem książki "Błękitna planeta w zielonych okowach". Klausa poznaliśmy na razie jako zwolennika militarnej interwencji Rosji w Gruzji (dodajmy — udanej), teraz mamy okazję poznać go jako wielkiego i oryginalnego myśliciela. A warto? Na pewno. Wydanie książki Klausa po rosyjsku sponsorował Łukoil, co już jest gwarancją wysokiej jakości.

Zachęcam Państwa do lektury książki Klausa właśnie po rosyjsku, nie jest to dla nas trudny język, a z pewnością może się przydać. Sam Klaus zna język rosyjski bardzo dobrze, z rosyjskimi politykami i dyplomatami rozmawia swobodnie w ich ojczystym języku (otrzymał nawet od Putina Medal Puszkina za popularyzowanie kultury rosyjskiej). Mamy więc gwarancję, że rosyjski przekład książki Klausa jest najbliższy oryginałowi — a szkoda byłoby uronić choćby kroplę jego mądrości.

Klaus całkiem dobrze mówi też po angielsku. Można się o tym przekonać oglądając wywiad z nim dla BBC

niedziela, 2 grudnia 2007, 01:15

ilustracje

Dzisiejszy tekst w Dzienniku "Eksterminacja indyków pod Płockiem" ozdabiają płonące żywcem koguty. Chociaż tytułowe indyki usypiano dwutlenkiem węgla, tak przynajmniej słyszałem.

DODANE: już jest nowy tytuł "Cztery tysiące indyków poszło pod nóż", zmieniono też zdjęcie (na indyki). Powtarzam, indyki zagazowano dwutlenkiem węgla, sprawdziłem.

Dziennikarz na tvn24 mówi właśnie o gazowaniu indyków tlenkiem węgla. Dwa razy powtórzył, więc chyba się nie przejęzyczył. To ja też powtórzę - indyki zabito dwutlenkiem węgla. Jeszcze trochę i będę mówić "głupi jak dziennikarz".


A propos CO2 - poniżej słynna krzywa Keelinga, pokazująca zmiany zawartości CO2 w atmosferze. Dane zbierane od prawie 50 lat mówią same za siebie.

BBC News: 50 years on: The Keeling Curve legacy

CO2 w atmosferze

ilustracja ze strony Scripps Institution of Oceanography

DODANE - wstawiłem linki podane przez komentujących:

"Prawda o dwutlenku węgla i efekcie cieplarnianym: niewygodne fakty dla Ala Gore’a" - tu Becka chwalą (po polsku)

"Beck to the future" - tu Becka krytykują (po angielsku)


Z działu Nauka (sic!) Rzeczpospolitej - Dziesięć najgłupszych prezentów gwiazdkowych
"6. Inflatable Moosehead - dmuchana głowa renifera, cena 19,99 USD"
Najgorsze, że Rzepa ma racje - to JEST głowa Renifera. Tylko poza sezonem świątecznym Moose jest zwykłym łosiem. Uwaga - nadmuchana przez człowieka głowa renifera zawiera około 5% CO2, bo tyle jest w wydychanym spokojnie powietrzu. Pośpieszne dmuchanie głowy renifera może wywołać zawrót głowy.


niedziela, 30 września 2007, 01:58

czarna owca w walce z ociepleniem

Niedawno czytałem o planowanych na przyszły rok eksperymentach z lataniem na biopaliwach - tak, tak, już się boimy, chodzi o normalne rejsowe Boeingi (na razie tylko Virgin Atlantic i Air New Zealand) - i całkiem na temat tekst jest w Wyborczej: Podniebny wyścig spalin. Dla leniwych streszczenie - samoloty emitują tak wielkie ilości CO2, że trzeba być świnią żeby latać, na szczęście są już specjalne firmy, w których można kupić czyste sumienie, wpłacając pieniądze na projekty ograniczające emisję CO2. W tekście wymienione są dwie takie firmy i tu zaczynają się kłopoty. Cytuję:

Współpracująca z liniami British Airways firma Climate Care Trust finansuje np. instalowanie energooszczędnych lamp w szkołach w Kazachstanie czy ekologicznych kuchenek w Hondurasie. Za dwutlenek węgla wyemitowany na trasie Warszawa - Paryż zapłacimy jej 3,36 euro, a za przelot do Tokio - 21,6 euro. (...)

Kłopot w tym, że każda firma wylicza koszty zniszczenia środowiska inaczej. W niemieckiej organizacji pozarządowej Atmosfair eko-danina za tę samą podróż Warszawa - Tokio kosztuje już 122 euro, zaś ilość wyemitowanego dwutlenku węgla jej internetowy kalkulator wylicza na 6 ton, czyli niemal trzy razy więcej niż u Climate Care.


Koniec cytatu. Lepiej sprawdzić, bo €122 za wypuszczone przeze mnie gazy podczas lotu do Tokio wygląda na zdzierstwo. Ale najpierw sprawdzam Climate Care:
POLAND Warsaw - JAPAN Tokyo
odległość: 5346 mil (czyli 8605 km)
emisja: 1,24 tony CO2
koszt kompensacji tej emisji CO2: € 13,72
czyli jest lepiej, niż podaje Wyborcza.

W Atmosfair też mniej:
"Warsaw Okecie" - "Tokyo - Narita"
odległość: 8670 km
wpływ na klimat: taki jak 3010 kg CO2
koszt kompensacji tej emisji CO2: € 62,00
Lot odbywa się na wysokości ponad 10 km, a im wyżej, tym bardziej szkodzi, więc mnożą przez współczynnik szkodliwości (stąd "niemal trzy razy więcej"). A swoją drogą, cena kompensacji emisji CO2 jest u nich po prostu wyższa. Wszystko wyjaśnione, ale dlaczego wychodzi dwa razy mniej niż w Wyborczej? Pewnie dlatego, że kalkulator jest automatycznie ustawiony na lot w obie strony. I Wyborcza podaje dane za lot Warszawa-Tokio-Warszawa.