Pokazywanie postów oznaczonych etykietą interfejs. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą interfejs. Pokaż wszystkie posty

środa, 25 marca 2015, 09:24

metkowanie zakładek w Firefoksie

"Zapytany o godzinę zaczyna omawiać budowę zegarka" — taka była kiedyś poglądowa definicja nudziarza (dziś każdy ma zegarek w telefonie). Mnie nawet nie trzeba pytać.

Chociaż staram się być plastyczny i nie przywiązywać, to jednak doceniam nawyki ułatwiające życie. Więc gdy już się przywiążę to stawiam opór w obronie przyzwyczajeń, jak każdy. Firefoksa używam od zawsze, ale dopiero od niedawna z pełnym przekonaniem. Wciągnęły mnie tagowane (pol.: metkowane) zakładki automatycznie synchronizowane na wszystkich kilku komputerach których używam. Dla mnie to kilerficzer czyli trudno bez tego żyć. Zakładek też używałem od zawsze, łatwo jest zrobić zakładkę. Trudno ją jednak potem znaleźć, łatwiej już wyguglać stronę od nowa. Od czasu gdy zakładki w Firefoksie można metkować pojawiły się pierwsze sukcesy, mogę już chyba powiedzieć, że nie tylko używam, ale i korzystam.

Z niejasnych powodów Firefox dla Windows długo pozostawał 32 bitowy, dopiero teraz ma się to zmienić. Dobrzy ludzie oczywiście kompilowali 64 bitowego Firefoksa, sam długo korzystałem z uprzejmości właściciela strony xhmikosr.1f0.de, którą znalazłem kiedyś szukając 64 bitowej wersji Sumatra PDF (tylko na Windows, ale dobre). Ale jak ma być wreszcie oficjalna 64 bitowa wersja, to on przestał. Ściągnąłem więc z mozilla.org to co na razie dają, wersję Developer Edition, czyli oczko albo dwa do przodu. I co za przykrość, już przy pierwszej próbie zrobienia zakładki — kupa. Kursor zamiast jak zwykle wskoczyć w pole do metkowania wskakuje na pierwsze z brzegu pole z nazwą zakładki. Uznając, że tak bezsensowna zmiana mogła być tylko dziełem przypadku, postanowiłem odczekać. Niestety w kolejnej wersji zmiana uparcie się utrzymała. Przyszło mi wtedy do głowy, że nawet drobna zmiana w porządnym programie powinna być konfigurowalna, nie wszyscy muszą podzielać zdanie jej autora, czy raczej frakcji która aktualnie uzyskała przewagę — bo ktoś jednak wcześniej wpadł na genialny pomysł, że skoro inteligentni ludzie metkują zakładki, to warto im to maksymalnie ułatwić.

Firefox jest porządnym programem, magiczne zaklęcie brzmi about:config, trzeba je podać zamiast adresu strony. Rzuciłem okiem na ustawienia zawierające "book" — browser.bookmarks.editDialog.firstEditField z ustawieniem namePicker musiało być tym, czego szukałem. Zamieniłem więc namePicker na tagsPicker i niewiele zyskałem, teraz kursora nigdzie nie było. Spróbowałem tagPicker i też nic. Tu mnie olśniło, przecież w starej wersji musi być dobrze. W starej wersji (36.0.1) było tagsField. To podziałało. Bardzo możliwe, że gdy już wyjdzie oficjalnie (podobno w maju) wersja 64 bitowa, to z takim ustawieniem jak lubię. Ale teraz mam w nosie.

środa, 27 kwietnia 2011, 14:10

drbny żrcik

czwartek, 2 grudnia 2010, 04:21

e-wkluczanie

"w celu uruchomienia internetu naciskamy dwa razy szybko na niebieskiej literce E" - stąd: E-wykluczenie czyli jak kursorem trafiać do celu. Dalej nie czytałem, chyba szkoda czasu. Choć samo włączanie wykluczonych mnie całkiem interesuje. Masy wyłączonych to przecież nasz odwieczny narodowy problem, elektryfikacja nie załatwiła sprawy. Słowniczek rusycyzmów Czarkowskiego zamiast wykluczyć (исключить, выключить) podsuwa wyłączyć. Ale słowniczek jest stary i często nie ma racji. Bardziej razi brak symetrii, skoro można wy-, to warto móc i w-. Choć bywają też procesy nieodwracalne, np. wykluwanie albo wymiotowanie.

Czytałem niedawno tekst entuzjasty zmuszającego nowicjuszy komputerowych do używania konsoli (tak jest CLI po polsku?), oczywiście na linuksie. Tu jest: The Command Line - The Best Newbie Interface?. Pomysł nieco horrendalny, ale parę spostrzeżeń ciekawych. Wyraźnie mniejszy lęk nowicjusza przed zepsuciem komputera w przypadku trybu tekstowego niż graficznego — wpisanie głupiego polecenia wydaje się mniej groźne niż naciśnięcie złego guzika. Interfejs graficzny onieśmiela i infantylizuje początkującego; natomiast w trybie tekstowym to komputer jest jak dziecko, czasem nie rozumie, co się do niego mówi.

Kiedyś było łatwiej, bo prościej. Sam zaczynałem u schyłku minionej epoki, mam jeszcze niezapomniany podręcznik Tomasza Kozdrowicza z 1988 (nadal można kupić na Allegro, tylko po co). A w nim praktyczne i szczegółowe rady, np.: "Przed uruchomieniem starszych wersji SideKicka należy najpierw wczytać program Nokey, który pozwoli na skorzystanie z nielegalnej kopii SideKicka". Z tej wskazówki akurat nie korzystałem, najwyraźniej używałem nowszej wersji. Piratowanie imperialistycznego oprogramowania było naszym patriotycznym obowiązkiem, zresztą nawet nikt się nie zastanawiał. Nonszalancję w dziedzinie respektowania własności intelektualnej kompensowaliśmy nabożną czcią przy obsłudze sprzętu: "Najpierw włączamy zasilanie jednostki centralnej, a dopiero kilka sekund później — monitor"; "Naturalnie system wyłączamy w kolejności odwrotnej — najpierw monitor, a dopiero po nim jednostkę centralną". Naturalnie stosowałem się do tych zaleceń, choć byłem przekonany, że akurat kolejność wyłączania nie ma absolutnie żadnego znaczenia. Inny zabobon, który dość długo lokalnie się utrzymywał, zmuszał ludzi do parkowania twardego dysku przed wyłączeniem jednostki centralnej. No więc niby było łatwiej, ale nie ze wszystkim. A strach był większy, bo sprzęt dużo droższy.

Problem z nowicjuszami polega na tym, że zaczynają od zera, ale robią postępy. Odpowiedni dla nich software musiałby być początkowo bardzo prosty, a potem ewoluować, dostosowując się do rosnących umiejętności. Oczywiście nie ma takiego, więc nowicjusz od razu używa tego, co wszyscy. Łatwo dorobić ideologię, że i tak w końcu będzie musiał. No będzie. Ale to trochę jak przyzwyczajanie małego chłopczyka do korzystania z pisuaru dla dorosłych. Może się zniechęcić. Naprawdę nie ma żadnego powodu, żeby od początku "naciskać dwa razy szybko", jeśli można tylko raz. I nie musi to być e.

sobota, 30 października 2010, 04:03

dla rusofobów — łacinka

Niechcący znalazłem dodatek do Safari i Chroma zamieniający znaki cyryliczne na łacińskie w wersji czechosłowackiej. Zrobił go jakiś pansłowiański maniak, przedstawiający się jako Danslav Slavenskoj. Że niby nasze języki brzmią podobnie, ino wyglądają inaczej (tak jak ich użytkownicy — uwaga własna). Latinka ma też zamieniać polskie osobliwości na czechosłowackie, ale po pierwsze wysiada już przy ą, a po drugie robi to tylko na niektórych stronach (algorytmu nie rozgryzłem). Efekt nie jest imponujący (V ŠŤebřešine chřašť břmi v třcine i ŠŤebřešin z tego sľyne). Natomiast rosyjski w wersji (be)zczeszczonej wygląda dość zabawnie.

Autor najwyraźniej przymierza(ł) się do wersji transliterującej na polszczyznę, ale zakładka "Łacinka" na razie pusta.

niedziela, 10 października 2010, 20:32

ustawienia domyślne

Ang. "default settings" tłumaczone jest na polski jako ustawienia domyślne. Wolałbym ustawienia standardowe albo automatyczne. Czy nawet bezmyślne, bo nie wiem kto i czego się domyśla. Nie będę jednak zawracał Wisły kijem i przejdę do rzeczy. Ostatnio w wolnych chwilach bawię się LyXem czyli edytorem do w miarę bezbolesnego tworzenia dokumentów w LaTeXie (czytaj latechu). Wiele się nie nabawiłem, ale już chcę się podzielić swą radością. Genialne, po prostu genialne… Otóż w LyXie nie można wstawić choćby dwóch spacji obok siebie, nie można też wstawić więcej niż jednego entera, bo następne są ignorowane! Bynajmniej nie kpię, widziałem już tyle dokumentów Worda w których podział na strony wymuszono wciskaniem entera, że tak bez­cere­monialne ograniczenie twórczej swobody piszącego naprawdę mnie zachwyciło. I cóż uczyni prosty człowiek, któremu program nie da zrobić nowej strony bezmyślnym duszeniem entera? Jeśli mądry, to pewnie zaraz się nauczy zaczynać nową stronę po ludzku — i będzie to krok w dobrym kierunku. (Jeśli nie, to tylko się wkurzy i poszuka innego, bardziej normalnego edytora. Nikt nie lubi być traktowany jak dziecko, ale szczególnie źle znoszą to ludzie dziecinni).

Tym razem to ja musiałem się dowiedzieć jak wstawić kilka spacji obok siebie. Korona mi z głowy nie spadła i oczywiście da się, bo jak inaczej napisać coś  r o z s t r z e l o n y m   d r u k i e m  zachowując sensowne odstępy między wyrazami? Ale taka potrzeba zachodzi niezmiernie rzadko, więc na pozór perwersyjne ustawienia domyślne LyXa nie są wcale głupie. To czysty żywy miękki paternalizm w akcji, nie tyle kaftan bezpieczeństwa, co przemyślny gorsecik kształtujący właściwą postawę i krępujący niezdrowe skłonności. Pełna wolność spleciona z umiłowaniem tradycji jest natomiast w Winwordzie. Tu możesz sobie napaćkać spacji i enterów do woli, bo program — zgodnie z oczekiwaniami — działa jak tradycyjna maszyna do pisania. Niech inni się potem męczą.

Wielokrotne spacje są też ignorowane w dobrze znanym HTMLu, więc przez chwilę wahałem się czy potrzebnie wywlokłem egzotycznego LyXa. Jednak potrzebnie, bo teraz będzie druga strona medalu. Otóż jakoś utarło się, że Ctrl-B wytłuszcza, Ctrl-U podkreśla, Ctrl-I pochyla. LyX jednak znowu wie lepiej i zamiast Ctrl-I jest Ctrl-E. No cóż, trzeba być pojebem żeby coś takiego wymyślić, więc oczywiście od razu zmieniłem. Może Ctrl-E jest fantastycznym pomysłem, było tam od dawna i tylko cały świat się myli. Całkiem możliwe, ale jednak warto nawiązać łączność z Ziemią i przyjąć utartą konwencję. Podobną uwagę mam do konsoli w linuksie, gdzie Ctrl-C tradycyjnie przerywa działanie programu. Tak jest, Ctrl-C przerywało od zarania dziejów, przerywało nawet w DOSie, ale teraz można już o tym całkiem zapomnieć. Bo Ctrl-C — zgodnie z oczekiwaniami — ma kopiować. I dopóki w linuksie pielęgnują takie skamieliny, będzie to niestety ciągle system operacyjny raczej dla świrównonkonformistów.

Zwolennicy niczym nieograniczonego prawa do strzelania sobie w stopę (bo dorośli ludzie są dość racjonalnymi istotami dokonującymi samodzielnie najlepszych wyborów) uważają, że ustawienia domyślne w ogóle są złe. Uczą bierności i w rezultacie prowadzą do ograniczania wolności. A ja uważam, że mądrze wybrane ustawienia domyślne są świetne i niczyjej wolności nie zagrażają. Natomiast głupio wybrane są faktycznie okropne i nawet jeśli można je łatwo zmienić (o czym nie zawsze wiemy), to i tak podważają zaufanie do ustawiaczy. Reasumując, w zasadzie nie mam nic przeciw temu, by ktoś wybierał za mnie. O ile zrobi to lepiej niż ja. W praktyce oznacza to, że raczej sobie nie życzę.

niedziela, 28 marca 2010, 04:25

kto nas ładuje

Kupiłem ładowarkę Energizera (tego od niezmordowanego królika). Bo była wyjątkowo duża, a duże rzadziej ginie (poprzednia gdzieś się zapodziała). Na stronie producenta (po co tam polazłem?) przy zupełnie innej ładowarce (malutkiej) zacząłem niepotrzebnie czytać niepozornie zatytułowaną instrukcję: "Remove the Energizer DUO/USB Charger software" z następującą ciekawostką: "Removing the Energizer DUO/ USB Charger software will also remove the registry value that causes the backdoor to execute automatically when Windows starts". Wrzuciłem w Gugla arucer.dll i zaraz dotarłem do sedna: Energizer DUO USB battery charger software allows unauthorized remote system access.

Czy to jest aż tak ciekawe? Nie aż tak, ale dość. Wpierw zgodnie oplujmy Energizera, który wraz z programikiem pokazującym stan ładowania akumulatorków instalował ludziom trojana. Nie powinien. Ale proszę też obejrzeć okienko wyskakujące w krytycznym momencie:



Jak widać, jesteśmy pytani o zgodę. "Run a DLL as an App" Microsoftu chce nas "podłączyć do internetu" (drobnym drukiem: … accepting connections from the Internet or a network) — dlaczego nie pozwolić? Tylko dlatego, że nie rozumiemy o co chodzi? A skąd mamy, jeśli Microsoft nie raczy wyjaśnić? Czy jest gdzieś napisane, że chodzi o bibliotekę zainstalowaną wraz z programem monitorującym ładowanie akumulatorków i tylko uruchamianą przez program (rundll32.exe) Microsoftu? Czy oprócz Microsoft Corporation pojawia się nazwa jakiegoś innego producenta? Czy sugestia, że możemy odblokować, jeśli ufamy (tu: Microsoftowi) nie jest dostatecznie wyraźna?


Metoda "wiem, ale nie powiem" stosowana jest przez Microsoft dość uparcie. Poniżej trzy razy ta sama sytuacja (próba wyczepienia pendrajwa, z którego otwarto jakiś dokument w Open Office) kolejno na Windows, OS X i Ubuntu:

Windows XP (2001):


Windows 7 (2009):


Mac OS X Tiger (2005):


Mac OS X Snow Leopard (2009):


Ubuntu Karmic Koala (2009):


DODANE: no tak, są dwa niezmordowane króliczki, ten Energizera jest wtórny:
Duracell Bunny (1973)
Energizer Bunny (1989)

piątek, 19 października 2007, 07:59

Mój Pilot czy Wasz Labirynt - dlaczego stary salon jest lepszy

W starym edytorze tekstu naciskam klawisz i nowa litera pojawia się tam, gdzie stoi kursor. W nowym edytorze wybieram z menu "Wstaw Nową Literę", a następnie odpowiednią literę z listy. Który edytor jest lepszy?

Moim zdaniem stary, bo dało się w nim pisać. Nie przekona mnie żaden argument, żadna demonstracja nowych niezwykłych możliwości nowego edytora.

Trochę przegiąłem z tym porównaniem, ale popatrzcie na kuriozum pod nazwą "Mój Pilot" na nowym salonie. Ani on mój, bo nie panuję nad nim (nie mogę go nawet zwinąć, tak żeby się za chwilę sam nie rozwinął), ani pilot, bo mam pilota od telewizora i wiem jak prosty jest i skuteczny. Lepszą nazwą byłby "Wasz Labirynt".

Stary salon - po zalogowaniu się na blogu - wyglądał tak samo, tylko w niektórych miejscach pojawiały się przyciski dające możliwość zmieniania tych właśnie miejsc. Było to bezpośrednie, tak jak wpisywanie liter w starym edytorze z mojego przykładu. W nowym salonie zalogowanie odmienia rzeczywistość nie do poznania. Pojawia się przyjazny inaczej "Mój Pilot" i kilkanaście miejsc, w które można dzięki jego uprzejmości zawędrować. Większość z nich pochodzi z poszatkowanej rzeczywistości sprzed zalogowania. Jest to tak fajne i bezpośrednie, jak rozmowa z najbliższą osobą przez pośrednika słabo znającego język polski.

Nie wiem czy interfejs starego salonu projektowali dobrzy czy źli ludzie, ale był świetny w swojej prostocie. Stary salon zachęcał każdego do wzięcia udziału we wspólnej zabawie. Nowy salon jest teoretycznie (i w wielu rzeczach faktycznie) dużo lepszy, ale dopóki będzie tam straszył "Mój Pilot", daleko nie polecimy.

Wrzucam to na oba salony i zachęcam silnych psychicznie do testowania nowego. Chciałbym, żeby nowy stał się lepszym starym salonem, a nie rewolucją, której nie przeżyją gorzej przystosowani. Bo umiejętność radzenia sobie ze źle zaprojektowanym interfejsem jest złym kryterium dobierania znajomych.