czwartek, 6 czerwca 2019, 22:26

psy

Long-term stress levels are synchronized in dogs and their owners — to być może ciekawa pracka (o ile wyniki nie są naciągane, a cała publikacja nie jest reklamą obroży PetPace). Bo jeśli stres właściciela jest zaraźliwy, to pewnie nie dlatego, że pies potrafi węchem odczytać poziom kortyzolu we krwi człowieka, reaguje raczej na jego zachowanie. A przecież niektórzy ludzie potrafią całkiem dobrze ukrywać swój stres, przynajmniej przed innymi ludźmi (gdyby wszyscy źle to robili takie zachowanie nie miałoby racji bytu). No więc ciekawe czy pies potrafi przeczytać także dobrze udającego właściciela. Na co reaguje i co z tego ma. Zobaczymy, może ktoś to pociągnie. Psy powszechnie uważane są za domorosłych psychologów, mają przecież głębokie i rozumiejące spojrzenie (rozumiem, że chcesz coś zrobić dla mnie — a jestem głodny i chcę na spacer). Jeśli jednak czasem same sobie szkodzą, to byłoby to coś więcej niż zwykła manipulacja.

Tak czy owak z psa empatycznie małpującego stres nie ma większego pożytku, pożytek byłby raczej z psa skutecznie przeciwdziałającego. Bo co to za przyjaciel, który potrafi się tylko utopić dla towarzystwa. Synchronicznie.

21 komentarzy:

telemach pisze...

Biorąc pod uwagę moje osobiste doświadczenia, to bardziej prawdopodobne niż zareklamowanie obroży jest przemożne poczucie, że trzeba coś, panie, opublikować, bo, panie, lista publikacji krótka, a podanie o następny grant chroniący dwóch doktorantów-oraczy przed nieuchronnym bezrobociem a team przed uszczupleniem zbliża się nieuchronnie i trzeba będzie coś jako załącznik załączyć.
Tak jest w przypadku wielu trudno weryfikowalnych niszowych publikacji.

Jednak pieski (jeżli wierzyć temu:
https://www.psychologytoday.com/intl/blog/canine-corner/201205/can-dogs-predict-earthquakes)

potrafią wiele więcej niż skłonni jesteśmy przyznać w oparciu o zdrowy rozsądek i twarde dane, więc może rzeczywiście, rzeczywiście.

telemach pisze...

A tak swoją drogą, to badania te dowodzą jedynie korelacji poziomu kortyzolu, którą można sobie wytłumaczyć w sposób zupełnie prosty.
Jeśli pan/pani ma problem (ciężka choroba, grożąca bezdomność, depresja endogenna, strzelanina na podwórku, burza z piorunami i trafieniem w drzewo za oknem, napad z włamaniem, you name it) to jest to również problem psa. Innymi słowy: oboje mają stresa co wynika ze stosunku zależności. I oboje reagują w sposób adekwatny. Co w tym dziwnego, pytam?

Mam takie dziwne wrażenie, że jak chłop wchodzi do chlewa aby obuchem ogłuszyć ulubioną świnię przed zadźganiem, to również poziom kortyzolu u obu ssaków się podnosi. Nie wiem czy konieczne są tu szczegółowe dalsze badania.

kwik pisze...

Czasem pewnie coś trzeba publikować. I oczywiście podejrzewam, że gdyby wyszło, że brak korelacji, to takie wyniki nie ujrzałyby światła dziennego.

Akurat z włosów dostaje się uśredniony poziom kortyzolu z całego czasu gdy te włosy rosły, więc krótkotrwałe silne stresy się rozmywają. Natomiast zajrzałem jeszcze do materiałów dodatkowych i okazuje się, że większość badanych właścicieli ma jakieś dodatkowe psy czy koty. Czemu ich nie badano? A może badano, tylko wyniki nie podobały się nikomu?

telemach pisze...

To jest doskonała metoda, którą preferował mój szef swojego czasu. Wpierw badamy, potem analizujemy wyniki, a na końcu "budujemy" populację badaną. Bardzo dobrze funkcjonuje.

kwik pisze...

Metoda zaiste doskonała, bardzo zwiększa produktywność. Genialna w swej prostocie, więc zdaje się była i chyba nadal jest powszechnie stosowana. Zapewne jedna z przyczyn tzw. kryzysu powtarzalności.

telemach pisze...

>>>2% of scientists admitted to falsifying studies at least once and 14% admitted to personally knowing someone who did. <<<<<

Ciekawe wygląda na to, że ci, którzy fałszują wyniki mają 7 razy więcej znajomych niż uczciwi.

>>>>>Misconducts were reported more frequently by medical researchers than others<<<<<

Zupełnie mnie to nie dziwi. System wręcz zachęca, a czasem się domaga.

kwik pisze...

Ciekawe, ale obawiam się, że ankieta ujawniła tylko dość typowe przekonanie "sam jestem ok, inni mniej" niż szczególne talenty towarzyskie osób fałszujących wyniki.

Chory system faktycznie coraz bardziej zniechęca do sceptycznej oceny własnych osiągnięć. Na szczęście zdrowy sceptycyzm wobec cudzych osiągnięć nie zanika, więc nauka wciąż umie prostować swe błędy. Czasem trochę to trwa, tak jak np. w przypadku pochopnego powiązania transportera serotoniny SLC6A4 z depresją: A Waste of 1,000 Research Papers. Ale jednak.

telemach pisze...

Przeczytałem ten zabawny horror, nic dodać, nic ująć. Nie wiem tylko, czy "pochopny" to jest właściwy przymiotnik na określenie czegoś, co stało się metodą. Tankowiec skorygował swój kurs po ćwierćwieczu. Jesteśmy tam, gdzie byliśmy bo już przed 50 laty (wiedzieliśmy, że niski poziom serotoniny towarzyszy depresji endogennej: Coppen AJ: Biochemical aspects of depression. In: Int Psychiatry Clin. 6, Nr. 2, 1969, S. 53–81. PMID 5817856. jak również:
Lapin IP, Oxenkrug GF: Intensification of the central serotoninergic processes as a possible determinant of the thymoleptic effect. In: Lancet. 1, Nr. 7586, Januar 1969, S. 132–136.

Od tego czasu grzebiemy w biochemii CUN próbując podnieść jej poziom lub zapobie degradacji blokując receptory odpowiedzialne za wchłanianie. Ulegamy idiotycznym modom (jak np. pochłanianie czekolady i bananów) nie bacząc na to, że nawet gdybyśmy zjedli wagon czekolady, to psu na budę, bo serotonina nie jest w stanie przekroczyć bariery pomiędzy osoczem a płynem mózgowo rdzeniowym.
Zresztą blokowanie receptorów w celu spowolnienia degradacji okazało się też być śmiesznym nieporozumieniem bo w międzyczasie znamy ich już ponad 14 typów ( z niebywałym indywidualnym rozrzutem dotyczącym ich ilości co wynika najprawdopodobniej z indywidualnie różnej ekspresji kodujących je genów) i zablokowanie jednego prowadzi do wzmożonego wchłaniania przez inne.
Gospodarka dopaminowo-serotoninowa była już szczegółowo opisana gładkimi zdaniami w moim podręczniku w latach 70-ych ale w gruncie rzeczy - po wydaniu miliardów na badania i napisaniu pierdyliona doktoratów nadal nie rozumiemy metabolizmu i sposobu działania neurotransmiterów, mamy do czynienia z puzzlem nie dającym się ułożyć w żaden sensowny wzór.

Stan niepewności i niewiedzy ładnie podsumowano parę lat temu tutaj:

https://www.theguardian.com/science/blog/2010/sep/28/depression-serotonin-neurogenesis



.

kwik pisze...

Nauka wielokrotnie pokazała swoją niezwykłą skuteczność w rozwiązywaniu prostszych problemów, co rozbudziło nadzieje, że będzie równie szybka i skuteczna w rozwiązywaniu wszelkich problemów. Niestety nie jest, co dotkliwie widać w przypadku ślamazarnego postępu np. w onkologii czy psychiatrii. Przy okazji naukowy huraoptymizm wyprodukował opozycję z wyrafinowanych idiotów, wierzących że pestki z moreli najlepiej leczą raka, a przebycie choroby jest lepsze od szczepionki powodującej autyzm. I teraz nauce jeszcze trudniej przyznawać się do swoich niepowodzeń, bo przecież woda na młyn pojebów.

To jednak trochę margines, bo ważniejszym problemem jest zderzenie stale podgrzewanych oczekiwań społecznych z coraz bardziej chorym system uprawiania nauki jak sportu wyczynowego, promującym choćby pozorny sukces w najbardziej popularnej dziedzinie zamiast uczciwego wysiłku w dziedzinie dowolnej. Mimo to nauka wciąż jakoś działa, a alternatywy nigdy nie będą, bo nie mogą. Dlatego mimo wszystko pozostaję umiarkowanym optymistą. Może po prostu trzeba to wszystko ludziom uczciwie wyjaśnić.

telemach pisze...

Wiesz, ja byłbym również umiarkowanym optymistą, gdybym tylko wiedział jak sprawić, aby ludzie chcieli aby im cokolwiek wyjaśnić. Chcą cudu: tu, teraz, natychmiast. Lekarstwa na raka, trzech samochodów w garażu, wakacji na Malediwach, szwajcarskich zegarków, willi z basenem. I żeby jeszcze dodatkowo, po tym jak im się polepszy, sąsiadowi zostało tak jak było, czyli gorzej.
Ostatnią rzeczą, której chcą to racjonalne wyjaśnienie czegokolwiek.
Widziałeś kiedyś demonstrację ludzi rządnych wiedzy?
No właśnie.
Bardzo bym chciał, aby było inaczej.

kwik pisze...

Nie żądajmy cudów jeśli sami nie potrafimy ich robić. Ludzie chcą być szczęśliwi minimalnym nakładem sił i środków, nie chcą słuchać zawiłych wyjaśnień dlaczego nie jest to łatwe albo jest niemożliwe. Ale nawet jeśli ludzie generalnie nie chcą rozumieć, to i tak warto dać im szansę. Czasem ktoś skorzysta, choćby niechcący.

Wiedza nie daje szczęścia. Ale czasem jednak działa i można z tego przez chwilę czerpać zadowolenie. I najważniejsze - nie ma się potem kaca. To wszystko.

telemach pisze...

Ale przecież ja wcale nie żądam cudów. Mnie by w Polsce wystarczył wyczuwalny poziom racjonalności ogółu porównywalny z, dajmy na to, taką Danią.

Czy to jest domaganie się cudu?

kwik pisze...

Tak i nie. Pewnie dałoby się z naszej krajowej populacji już dziś wykroić subpopulację nie odbiegającą poziomem racjonalności od takiej Danii. Co więcej, szczęśliwa Dania też nie jest wolna od idiotycznych pomysłów w polskim stylu "przecież chcieli dobrze", weźmy np. politykę zniechęcającą do kupowania nowych samochodów, niewielkie stężenie głupich przepisów każde społeczeństwo zniesie, reagując po swojemu racjonalnie. Czyli nie ma między Polską a Danią fundamentalnych różnic, kłopot oczywiście w tym, że u nas irracjonalne i szkodliwe wciąż dominuje, a nawet jeśli posuwamy się w dobrym kierunku (mam nadzieję), to nieznośnie powoli.

No więc chyba da się, ale jeśli chcesz tu, teraz i natychmiast to rzecz jasna żądasz cudu. A sądząc choćby po tym jak sprawnie wzięliśmy się za sortowanie odpadów nie należy oczekiwać, że ktokolwiek z dziś żyjących takiej przemiany doczeka.

telemach pisze...

"Czyli nie ma między Polską a Danią fundamentalnych różnic"

Chyba jednak trochę żartujesz, prawda? Moje odczucie jest dokładnie odwrotne i przytoczony przez Ciebie przykład paradoksalnie pomaga mi je wzmocnić. Spróbuj popatrzeć na to zagadnienie oczyma (większości) Duńczyków, a nie bloggera, który się dziwi że w kraju, do którego się przeprowadził ludzie myślą inczej, niż w jego dotychczasowym biotopie, który on (podobnie jak Ty) uważa (w przciwieństwie do Danii)za normalny. Miarą racjonalności jest dla niego zgodność własnej percepcji nowej rzeczywistości z tym do czego przywykł i co jego patrzenie na świat ukształtowało. Ten rodzaj Cognitive Bias nazywa się, o ile pamiętam "anchoring". Dostrzegasz pozorną absurdalność bo jesteś emocjonalnie zakotwiczony w
rzeczywistości, w której automobilność nadal postrzegana jest jako coś, co warte jest wspierania, rozwoju i ulepszania. W Danii już od dawna tak nie jest. Radykalna duńska zmiana paradygmatu w postrzeganiu indywidualnej motoryzacji nastąpiła przed niewyobrażalnymi dla Polaka 40 laty. Oni najzwyczajniej postrzegają nasz "rozwój" i "postęp" jako chorobę z którą należy walczyć. I domagają się aby te podatki dalej zwiększać bo pragną zmienić swśj kraj na piękniejszy i bardziej przyjazny.

Duński punkt widzenia znajdziesz tutaj

kwik pisze...

To nie jest duński punkt widzenia, to punkt widzenia fanatycznego dziecka dwóch pedałów, wrogo nastawionego nawet do rowerów elektrycznych (które bardzo sensownie zwiększają zasięg prostego turysty rowerowego). Weź może jednak popatrz na liczbę rejestracji nowych samochodów w Danii, przecież na głowę mieszkańca wychodzi dużo więcej niż w Polsce, a trend jest podobny, w ciągu kilkunastu lat wzrosła prawie dwukrotnie. Tak wygląda duński punkt widzenia. Ale z sobie tylko znanych powodów drogich elektrycznych samochodów kupują mniej niż Norwegowie czy Szwedzi. Jak podejrzewam ludzie jednak wszędzie liczą pieniądze.

telemach pisze...

"Ale z sobie tylko znanych powodów drogich elektrycznych samochodów kupują mniej niż Norwegowie czy Szwedzi"

Akurat ja wiem dlaczego Duńczycy kupujä mniej elektrycznych. Te były do 2016 zwolnione ze wszystkich podatków, potem uznano, że samochód jako taki to wróg, elektryczny też i podatki zrównano. To doprowadziło do krótkiej eksplozji sprzedaży w 2015 (aby zdążyć przed wprowadzeniem podatku) , a następnie jej kompletnego załamania na przełomie 2016 i 2017. Obecnie znów zaczyna wzrastać i Duńczycy planują zamknięcie ostatniej stacji benzynowej na 2030. Stąd też masowe przesiadanie się na przedłużacze.

https://cleantechnica.com/2019/01/29/ev-sales-in-denmark-grows-tenfold-danes-are-getting-into-the-electric-game/

"To nie jest duński punkt widzenia, to punkt widzenia fanatycznego dziecka dwóch pedałów,"

Kolego, mieszkałeś kiedyś pod jednym dachem z Duńczykami? Obawiam się, że chyba nie. Ja miałem przyjemność. Oni naprawdę myślą inaczej i u młodych demotoryzacja stała się rodzajem religii. Przynajmniej u tych z miast. Trudne do wyobrażenia, ale tak jest. Samochód to dla nich obciach i grzech.
Na wsi może być trochę odmiennie.

telemach pisze...

I wiesz, aby zaokrąglć temat duńkiegopunktu widzenia bez anegdotycznych wtrętów:
https://www.usnews.com/news/best-countries/articles/2016-01-20/why-danes-happily-pay-high-rates-of-taxes

Duńczycy są naprawdę inni od nas. Ocenianie ich (jako Duńczyków, czyli zawsze obarczone błędem paralaky, z polskiego punktu widzenia jest trudne i może prowadzić do błędnych wniosków.

Jest jak jest. Przede wszystkim gorąco.

kwik pisze...

No nic, dobrze że mamy już przynajmniej niektóre elementy wyższej cywilizacji duńskiej, takie jak chlewnie i fermy norek. A będzie jeszcze lepiej:
Chlewnia na 41 tys. świń, największa w Polsce.

Nie zamierzam bronić naszej motoryzacji, to oczywista tragedia, już teraz w Warszawie jest ze dwa razy za dużo samochodów. Natomiast nieporozumieniem jest przedstawianie roweru jako alternatywy, jedyną alternatywą jest bardzo dobra komunikacja publiczna. Z naciskiem na bardzo dobra, bo np. już przy 30 stopniach stanie w korku w zatłoczonym autobusie z ekologiczną klimatyzacją typu uchylone okna staje się rozrywką dla twardzieli. Naprawdę lepiej się stoi w korku na siedząco, w klimatyzowanym samochodzie. Widać to nawet po minach pasażerów. Ale to było wczoraj, dziś miałem szczęście.

telemach pisze...

Kolego, ja wcale nie uważam cywilizacji duńskiej za wyższą. Pod pewnymi względami uważam ją za nieznośną i perspektywa życia wśród Skandynawów zupełnie mnie nie pociąga.
Zwracam jednak Twoją uwagę, że rozmawiamy o poziomie racjonalności cechującej wspólnotę. Tucznikom mówimy nie. Racjonalności i demotoryzacji indywidualnej mówimy tak. Jeśli chodzi o wyższość publicznej nad indywidualną to nie ma tutaj co specjalnie dyskutować. Ale niestety Zachód jako taki kojarzył się w 1989 odpowiednio i kraj poszedł tą samą ścieżką co wszyscy, którzy popełnili przedtem znane pomyłki.

Od czego to zaczęliśmy? Od psów?

kwik pisze...

Lepiej od psów zacząć niźli zejść na nie.

Magiczne słowo wspólnota. Znana u nas jako solidarność. To co najbardziej spierdoliliśmy po upadku komuny. Rzecz jasna chodzi o wspólnotę wszystkich, nie tylko swoich.

Nie ma racjonalności bez solidarności, bo krótkowzroczna indywidualna zaradność to na dłuższą metę głupota, kończąca się zniszczeniem wspólnego pastwiska. Albo antyszczepionkowcy, dbający o swoje tylko dzieci, bezczelnie pasożytujący (do czasu) na szczepionych. Porządny złodziej, gdy już się nakradnie chciałby spokojnie dostatnio żyć, bez ciągłego strachu, że zaraz sam zostanie okradziony. Może powinien zacząć od podzielenia się majątkiem.

No więc dalekowzroczna racjonalność wymaga stabilizacji i niewyczerpalności (sustainability - może już ktoś ładnie i jednowyrazowo to spolszczył), ale niezbędnie połączonej z egalitaryzacją. W sprzyjających okolicznościach nawet Polacy mogliby zostać Duńczykami. Pytanie tylko czy sami potrafimy takie okoliczności stworzyć.

telemach pisze...

Amen.